Dzień 461 – Kolejna wyspa – Evia

Opuszczamy Teby i kierujemy się na kolejną wyspę, będzie to Evia. Spędzimy tu pewnie kilka ładnych dni, bo wyspa jest duża. Dziś jeszcze przedsylwestrowe przygotowania, ostatnie zakupy, uzupełnienie paliwa, wody i szukamy spokojnego miejsca na Sylwestra. Spokojnego, bo będzie to pierwszy sylwester naszych kociaków. Na szczęście w Grecji jak na razie nie ma fajerwerkowego szału jak w Polsce. Generalnie w sklepach nigdzie ich nie widać i jak na razie jest cicho. U nas już kilka dni przed sylwestrem słychać fajerwerki. Fajnie jak by wszystkie kraje poszły śladem Holandii i zakazały całkowicie sprzedaży i używania tego. To ogromny stres dla zwierząt, przepalone bezsensownie pieniądze, co roku wypadki i wspieranie Chin.

Na Evię nie trzeba płynąć promem, bo są dwa mosty, którymi można wjechać na wyspę. My wybraliśmy ten autostradowy, bo Chalkidia jest trochę zakorkowanym miastem. Zwiedzanie miasta też zostawiliśmy na koniec, bo tutejszy zamek zimą otwarty jest tylko w weekendy i dziś myśmy go nie zobaczyli.

Z samochodu zobaczyliśmy jedynie tutejszy akwedukt. Jest jednym z mniej znanych, lecz istotnych świadectw dawnej inżynierii hydrotechnicznej regionu. Jego pozostałości przypominają o wielowiekowej trosce miasta o zapewnienie stałego dostępu do wody pitnej. Konstrukcja akweduktu opierała się na typowych dla epoki rozwiązaniach: systemie kanałów i arkad, które wykorzystywały naturalny spadek terenu do grawitacyjnego transportu wody z odległych źródeł do miasta. W zależności od okresu rozbudowy i napraw, w budowie stosowano kamień oraz cegłę, a sam obiekt był wielokrotnie modernizowany przez kolejnych władców Chalkidy, w tym Bizantyjczyków i Osmanów. Choć dziś akwedukt zachował się jedynie fragmentarycznie, nadal stanowi cenny element krajobrazu kulturowego miasta.

Ewia (gr. Evia lub Eubea, gr. Εύβοια) to druga co do wielkości wyspa Grecji, położona na Morzu Egejskim, tuż przy wschodnim wybrzeżu Grecji kontynentalnej. Oddziela ją od lądu wąska cieśnina Euripos, miejscami tak wąska, że wyspa jest połączona z lądem mostami w rejonie miasta Chalkida.

Wyspa ma bardzo zróżnicowany krajobraz. Północna część jest górzysta i porośnięta lasami, z licznymi źródłami termalnymi, natomiast część środkowa i południowa charakteryzuje się surowym, bardziej suchym terenem, z wysokimi pasmami górskimi schodzącymi miejscami stromo do morza. Linia brzegowa Ewii jest silnie rozwinięta i obejmuje zarówno piaszczyste plaże, jak i dzikie, skaliste zatoki.

Ewia nie należy do wysp typowo turystycznych, co czyni ją atrakcyjną dla osób szukających spokojniejszego wypoczynku. Znajdują się tu jednak liczne tradycyjne miejscowości, takie jak Limni, Kymi czy Karystos, a także interesujące zabytki: starożytne świątynie, klasztory oraz pozostałości fortyfikacji weneckich i bizantyjskich.

Wyspa słynie z lokalnej kuchni, opartej na świeżych rybach i owocach morza, miodzie, serach oraz winie. Dzięki bliskości Aten Ewia jest popularnym kierunkiem weekendowym dla Greków, łącząc naturalne piękno, bogatą historię i autentyczną atmosferę życia wyspiarskiego.

Musimy się teraz przeprawić przez góry, by dostać się na północną część wyspy. Jakieś 70 kilometrów serpentyn trochę męczy. Na szczęście są punkty widokowe, gdzie można trochę rozprostować kości.

Docieramy do wioski Limni nad brzegiem Zatoki Eubejskiej. Dosyć ciekawa zabudowa, fajne tawerny, może zawitamy tu w Nowy Rok, albo dzień po. Na razie jedziemy za wioskę, na totalne odludzie w poszukiwaniu spokojnej, sylwestrowej miejscówki. Serpentyny na zboczach klifu, szerokie na jeden pojazd, poobrywane pobocza wiszące nad przepaścią, no przejazd z lekkim dreszczykiem, ale docieramy bezpiecznie na z góry upatrzone pozycje. Wygląda tak jak wcześniej w Google, czyli fajnie. Zostajemy tu na dwa dni. Tylko my, koty i jakaś kaplica na sąsiednim wzgórzu. Widoki przednie, koty mają gdzie latać, będzie fajnie.

Zostało jeszcze trochę dnia, a słońce fajnie przygrzewa. Posiedział by człowiek trochę, ale mamy silne postanowienie posprzątać kampera, by jutro oprócz jedzonka nic nie robić. Tym bardziej, że jutro ma być dzień gorszej pogody i słońce wróci dopiero w Nowy Rok. Zakasamy rękawy i do roboty.

Posprzątane, trzeba jeszcze rzucić okiem na okolicę z lotu ptaka.

Myśleliśmy, że jeszcze uskutecznimy spacer na plażę i do kaplicy, ale grudniowy dzień szybko się skończył, od zachodu naszły chmury więc nie było też wieczornego spektaklu ze słońcem.

Pora na spóźniony obiad. Dziś zajadamy się pieczonymi skrzydełkami z Omni, a na deser pieczone kasztany. Znaczy się kasztany Kasia, bo to nie moje smaki, ja wybieram małe paczusie nadziewane czekoladą.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.