Od czego tu zacząć? Razem z Kasią najbardziej żałujemy, że nasze drogi nie spotkały się wcześniej, tylko dopiero w 2014 roku. Choć kto wie, czy jak byśmy się spotkali 30 lat temu, czy wtedy też byśmy tak sobie podpasowali. Kasia jak się poznaliśmy prowadziła całkiem inny tryb życia niż ja. Szpilki, teatr, opera, dobry hotel i restauracja. Ja od małego z rodzicami pod namioty, potem resztę życia podobnie. Pamiętam była to majówka 2014 roku. Organizowałem wtedy czerwcowy wyjazd do Bułgarii i Kasia od koleżanki przypadkiem się o nim dowiedziała. Zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy mogłaby z nami jechać. Po rozmowie okazało się, że to będzie jej pierwszy raz w takich warunkach. Myślę sobie jak ona sobie poradzi 3 tygodnie w tej Bułgarii, skoro się pytała – a jak będziemy załatwiać swoje potrzeby itp. 😉 Wszystko wytłumaczyłem, przegadaliśmy kilka godzin i z rozmowy narodził się pomysł krótszego wyjazdu testowego do Rumunii. Po 20 maja jechaliśmy już do kraju słynnego Drakuli. Kasia dała radę, wróciła zadowolona i już za miesiąc jechaliśmy na kolejny wyjazd biwakowy do Bułgarii. Tak się spodobało takie życie, że po kilku wyjazdach nie tylko podróże nas połączyły, ale i coś więcej. Zamieszkaliśmy razem, zostaliśmy parą i tak już zleciało wiele lat na wspólnym realizowaniu pasji podróżniczych.

W tym czasie podróżowaliśmy autem terenowym, w którym spaliśmy. Setki fajnych wyjazdów do Rumunii, na Bałkany i w innych kierunkach.

Daćkę dostosowaliśmy sobie pod nasze potrzeby. Zrobiliśmy z tyłu wygodne spanie, zaletą była równa powierzchnia do spania po złożeniu siedzenia. Celowo nie podnosiliśmy spania by mieć przestrzeń nad głową, by można było swobodnie usiąść, przebrać się itp. Nasz dobytek był w plastikowych skrzynkach, które lądowały na czas noclegu na przednich fotelach, lub w naszej bazie. Naszą bazą był samo rozkładający się namiot Bese z Decatchlonu. Baza była bez podłogi, była dostawiana z tyłu auta i łączyła się z bagażnikiem. Czyli można było wyjść tyłem bezpośrednio do namiotu. Takich baz mieliśmy trzy sztuki i można je było łączyć modułowo. Ale najczęściej wystarczał nam jeden namiot. Służył jako magazyn, miejsce do siedzenia w czasie deszczu i jako wygodna kabina prysznicowa dla dwóch osób.

Potem przyszedł czas na przyczepę i mimo to, że fajnie ją wspominamy, to dosyć szybko została zamieniona na kampera. Dała nam jednak sporo frajdy i możliwość podróżowania zimą. To przyczepką pojechaliśmy na pierwszy świąteczno-noworoczny wyjazd. Wigilia była w Świnoujściu, a sylwester na Helu.

O kamperze myśleliśmy, ale bez ciśnienia. Choć mało brakowało a jeździli byśmy teraz starutkim Winebago. Jednak rozsądek zwyciężył, silnik V8 6 litrów, wyjazdy nie były by tanie, choć do dziś trochę żałujemy, bo cholernie nam się podobał. Naszego citroena kupiliśmy tylko ze względu na pewne pochodzenie i bardzo okazyjną cenę. Oczywiście nie obyło się bez kredytu. Co ciekawe kampera kupiliśmy tylko na podstawie zdjęć. Bartek z EbaCamp był tak przekonujący, że uwierzyliśmy w jego opis pojazdu. Swojego kampera na żywo zobaczyliśmy, gdy już był zapłacony i z naszymi tablicami przyjechaliśmy po jego odbiór. Kiedy to piszę kamper dzielnie nam służył przez 7 lat i w lutym rozpoczął 8 rok sprawiania nam frajdy.

PARCHATKA to nasza kotka, która podróżuje z nami już prawie 3 lata. Znaleźliśmy ją na Roztoczu, ktoś ją wyrzucił w lesie. Była w opłakanym stanie, ale udało nam się ją uratować. Weterynarz powiedział, że jeszcze kilka dni i było by po niej. Reszta wyjazdu była więc pod kątem leczenia kota. Stąd też imię, bo gdy ją znaleźliśmy, była tak parchata, że strach było ją dotykać 😉 Koci katar, świerzb i jeszcze kilka chorób. Udało się wszystko wyleczyć, poza jednym oczkiem, na które nie widzi.

W pierwszej chwili nawet nie myśleliśmy co będzie potem. W domu 18 letnia kotka, którą doglądała nasza sąsiadka podczas naszych wyjazdów. Teraz przywieziemy kolejnego kota do opieki? A czy stara kocica ją zaakceptuje? Ale był plan B, bo znajomi wykazali chęć adopcji Parchatki, gdyby coś nie pykło. Jednak szkoda by nam było ją oddać, bo od razu ją pokochaliśmy. A może nauczy się z nami jeździć? Kasia nie wierzyła. Jednak kotka była tak wdzięczna, że mimo, że była puszczana swobodnie koło kampera, nigdzie się nie oddalała, a jeśli już, to co jakiś czas się meldowała i sprawdzał czy jesteśmy. Tak minął wyjazd na którym znaleźliśmy Parchatkę. Potem były kolejne i tak trzy lata jeździ z nami. Nie sądziłem, że kot może się tak nauczyć i wracać do kampera. Oczywiście wypuszczamy ją dopiero, jak już jesteśmy na miejscu biwaku. Rano tego unikamy, bo zdarzają się jej dłuższe wycieczki i czas jechać dalej, a tu trzeba czekać na kota.





