Dzień 154 – Castelo de Paderne – zamek z ubitej ziemi

Wczoraj była próba kaszanki, która nie przetrwała podróży z Polski, ale kiełbasa już przetrwała i to całkiem dobrze. Był to więc dzień kiełbasiany, zaczął się jajecznicą na kiełbasie a skończył grillem.

Dzisiaj dzień nie był zbyt napięty. W planach mieliśmy tylko zrobić serwis kampera, zakupy i zobaczyć zamek Castelo de Paderne. Zbudowana w okresie Almohadów, w późnej fazie obecności muzułmanów w Algarve (XII w. lub pierwsze dekady XIII w.), ta wiejska twierdza jest wzorem muzułmańskiej architektury wojskowej z ubitej ziemi w Portugalii. W przeciwieństwie do poprzednich okresów, gdy sieć militarna koncentrowała się głównie na miastach, stopniowy postęp królestwa portugalskiego doprowadził do budowy drugiej linii umocnień, składającej się ze średniej wielkości twierdz wiejskich. Zamek Paderne położony był pomiędzy ważnymi miastami Silves i Loulé i kontrolował ważny szlak łączący regiony Algarve z wybrzeżem. Na niewielkim terenie znajdował się dom gospodarczy otoczony solidnym murem, którego bramy broniła wieża strażnicza. Wąskie uliczki miały system kanalizacyjny, który odprowadzał ścieki i deszczówkę poza mury. Po podboju miasta przez rycerzy Zakonu Santiago w 1248 r. nowi mieszkańcy przyjęli pierwotny model urbanistyczny. Wewnątrz, wśród ruin domów, znajdują się dwie cysterny, które świadczą o dwóch głównych okresach użytkowania zamku: islamskim i chrześcijańskim. Zamek Paderne jest jednym z siedmiu zamków przedstawionych na fladze Portugalii. Niestety zamknięty był na cztery spusty.

Biwak planowaliśmy pod zamkiem, ale na górze trochę wiało, a poniżej jadąc odkryliśmy fajny parking ze stolikami, toaletą i wodą. Na terenie znajduje się też studnia i zabytkowa pralnia. Kasię dopadły już listy płac, więc musiała dziś chwilę popracować. Dlatego w południe już skończyliśmy zwiedzanie. Parking jest popularny wśród kamperów, więc przyjeżdża tu raz dziennie pobliska piekarnia. Pieczywo mieliśmy, ale Kasia zakupiła z samochodu jakieś słodkości do kawy.

Kasia podgoniła pracę, można było odpalić grilla i zjeść w końcu porządną kiełbasę. Tutaj tylko można kupić chorizo lub namiastkę białej surowej kiełbasy, jednak nie jest ona przyprawiona i daleko jej do polskiej kiełbasy. Kiełbaska była wyśmienita, tym bardziej, że już pięć miesięcy nie czuliśmy jej smaku. Kasia wybrała formę bieszczadzkiego hot doga. Generalnie wszędzie to są koty, gdzie byśmy się nie zatrzymali, ale o dziwo Parchatka się z nimi jakoś dogaduje, baliśmy się, że będą jakieś walki o terytoria, ale nie jest tak źle. Dziś też było towarzystwo ale udawały, że się nie widzą.

Wieczorem oddajemy się swojemu hobby i czasoumilaczom. Ja znalazłem chwile czasu na pracę w stoczni. ORP Wicher zyskał pokład i powoli zaczynam poszycie dolne. Kasia twardo haftuje.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.