Rano ruszyliśmy w Góry Montjeu leżące w Parc naturel régional du Morvan. Można powiedzieć, że dzień rozpoczęliśmy od grzybobrania, a raczej Kasia, która na leśnej górskiej drodze wypatrzyła z samochodu ogromnego prawdziwka. Nie była pewna, czy się nie przewidziała, ale się zatrzymałem i pobiegła. Tak to był prawdziwek, a obok niego jeszcze jeden mniejszy. Przeczesaliśmy jeszcze okolicę, ale były tylko te dwa.

Przez te grzyby zamiast na drogę, patrzyliśmy się na leśne pobocze, czy czasem jeszcze coś nie wypatrzymy. Ale jakoś szczęśliwie dojechaliśmy do Wodospadów l’Yonne. Nie są może imponujące, choć jeden ma już jakieś 5-7 metrów. Prowadzi do nich z parkingu dobrze oznakowana ścieżka.







Dziś w planach był jeszcze jeden wodospad Cascade de la Dragne. Wodospad Dragne znajduje się w miejscu zwanym Dragne, w miejscowości Villapourçon. Strumień o tej samej nazwie ma swoje źródło nieco dalej w górę rzeki, w Rangère.





Ostatnim punktem dzisiejszego dnia było miasteczko Moulins-Engilbert. U podnóża starego zamku, na miejscu wcześniejszej kaplicy i kościoła, wzniesiono kościół parafialny Saint-Jean-Baptiste. Budowę świątyni rozpoczęto w XII wieku, a ukończono w XIII wieku. Kościół orientowany jest ze wschodu na zachód, zbudowany na rzucie prostokąta. Musiał zostać odbudowany i powiększony w drugiej połowie XIV wieku przez biskupa Noyon Philippe de Moulins, który uczynił go kolegiatą. W 1509 roku kościół nawiedził straszny pożar, który w kolejnych latach spowodował jego odbudowę. Na wsporniku jednego z posągów wieży, a u stóp innego posągu widnieje data 1519 r., herb Jeana de Grandrye, proboszcza tej miejscowości w latach 1554–1570. Jedynie w tympanonie przęsła osiowego zachowały się oryginalne witraże pozostałe witraże w kościele powstały w roku 1875. W romańskiej krypcie, będącej pozostałością XIV-wiecznego kościoła lub kaplicy, znajdują się liczne kamienne i drewniane rzeźby z różnych okresów.










Château de Moulins-Engilbert znajduje się tuż obok kościoła. To średniowieczny zamek dawnej kasztelanii hrabiów Nevers, z którego do dziś zachowała się tylko jedna fasada, mury i brama.





W miasteczku jest darmowy parking dla kamperów, ale my na biwak pojechaliśmy na obrzeża, gdzie stanęliśmy nad malowniczym stawem, przy nieczynnym jeszcze miejskim małym basenie. Zdążyliśmy jeszcze zrobić grilla, bo pod wieczór prognozy pokazywały burze. Obrałem grzyby, które o dziwo były zdrowiutkie, zgadnijcie co jutro rano z nich będzie? 😉 Nawet trochę posprzątaliśmy w kamperze i nadeszła pierwsza burza, pierwsza, bo mają nas nękać do rana.










Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
