Po śniadaniu skierowaliśmy się do miasta Fougères. Miasto godne polecenia, bo jest tu co zobaczyć. Zaczęliśmy od publicznych ogrodów, z których roztacza się piękna panorama na tutejszy zamek. Pod koniec XVIII w. powstał pierwszy ogród, nazwany Place aux Arbres. Ogród rozwijał się na 3 poziomach: Place aux Arbres oferuje panoramę początków miasta, z widokiem na zamek i średniowieczną dzielnicę wokół kościoła św. Sulpice, Place Leroux ze ścieżkami wyłożonymi bukszpanem otacza XVII-wieczny staw.









Eglise Saint-Léonard powstał w XII wieku, przebudowany w XV i XVI wieku, w XIX wieku został przeorientowany i powiększony, wyposażony w portal i rozetę o średnicy sześciu metrów w ekstrawaganckim stylu gotyckim. Na zewnątrz można podziwiać północną fasadę z tralkami i ciekawymi rzygaczami. W południowej kaplicy znajduje się najstarszy w Bretanii witraż (z XII w.), pochodzący z opactwa Saint-Denis pod Paryżem, oraz obraz Achille Dévéria „Wniebowzięcie” z 1835 r. W północnej kaplicy zachował się obraz Eugène’a Dévérii ( XIX wiek). Bracia Dévéria byli przyjaciółmi Victora Hugo.











Niedaleko kościoła znajduje się Le Beffroi. Symbol bogactwa handlu z odległymi regionami, pierwsza Dzwonnica Bretanii została wzniesiona przez mieszczan miejskich w 1397 roku. Jej architektura inspirowana jest wzorami flamandzkimi, które sukiennicy z Fougères odkryli podczas swoich podróży po Flandrii. Na dzwonie wyryty jest napis: „W 1397 roku miasta Fougères nadały mi imię Roland Chapelle”.



Wąskimi uliczkami ruszyliśmy w kierunku dolnego miasta.















I tak doszliśmy do Château de Fougères. Wzniesiono ją w 1000 roku, nad brzegiem Nançon, to największa zachowana średniowieczna twierdza w Europie. Na skrzyżowaniu głównych szlaków handlowych Marches de Bretagne, średniowieczna twierdza będzie ewoluowała na przestrzeni wieków w zależności od różnych władców, którzy ją kontrolowali. Po ślubie księżnej Anny Bretanii z królem Francji granica Marchii Bretanii straciła swoje strategiczne znaczenie, pozostawiając twierdzę w rękach różnych namiestników wojskowych, a w XVIII wieku stała się więzieniem. Pomimo tej niestabilności zamek Château de Fougères prezentuje dziś sylwetkę i stan zachowania niemal identyczny z XV wiekiem.










Ostatnim zabytkiem miasta, który odwiedziliśmy był Église Saint-Sulpice. Założony w XI wieku na południe od zamku, przebudowany w XV i XVI w ekstrawaganckim stylu gotyckim, ukończony w XVIII wieku, kościół św. Sulpicjusza jest jednym z najbogatszych w Bretanii. Na zewnątrz zadziwiające rzeźby, w tym gargulec zwany „satyrem” i rzeźba wróżki Meluzyny nad południowymi drzwiami kościoła.








Obraliśmy w końcu kierunek na Mont-Saint-Michel. Pierwszy plan był taki, że dziś dojedziemy, znajdziemy miejsce na nocleg i rano będziemy zwiedzać wyspę z opactwem. Jednak rzut okiem na prognozy i zmieniamy decyzję bo na drugi dzień są marne szanse na chwilę ze słońcem. Mont-Saint-Michel, to bardzo popularne miejsce w Europie, więc i ceny są adekwatne do miejsca. Zwykły parking dla kamperów, bez żadnych udogodnień to 20 € za 24h. Kolejne 26 € to bilety do opactwa, więc tani nie będzie. Jest tu jeden darmowy parking, ale jakoś nie wierzyliśmy, że będzie tam wolne miejsce. Ale jakimś cudem było, czyli 20 eurasów w kieszeni. Jedyny minus to 1 km dalej do Mont-Saint-Michel, w sumie mamy do przejścia 4 km. Zjedliśmy co nieco, wypiliśmy po piwku, kolejne zabraliśmy ze sobą i ruszyliśmy w kierunku wyspy.















Jak widzicie na zdjęciu, do głównych, tych drogich parkingów kursują co chwilę autobusy i na podstawie biletu parkingowego można nimi się przemieszczać. My takowego biletu nie mieliśmy, ale z ciekawości sprawdziliśmy, czy ktoś to sprawdza, bo fajnie by by było wrócić już autobusem. Jednak na przystanku jest, gość co to weryfikuje, no trudno idziemy dalej. Zanim jednak wejdziemy za mury, robimy spacer dnem oceanu, który gdzieś odpłyną w siną dal po odpływie. Dojście tu planowaliśmy tak, żeby zobaczyć jeszcze wyspę oblaną wodami Kanału La Manche, ale kalendarz pływów nie pokrywa się z rzeczywistością i gdy doszliśmy było już po odpływie, choć byliśmy godzinę wcześniej.



















Pora iść za mury. Dolne uliczki Mont-Saint-Michel oraz mury można zwiedzać bezpłatnie. Natomiast za wejście do opactwa, trzeba już zapłacić 13 €. Bezpłatne uliczki już teraz były trochę zatłoczone, zastanawialiśmy się, co tu musi być w wakacje. Same płatne parkingi robią wrażenie 250 stanowisk dla kamperów i chyba kilka tyś. miejsc dla osobówek, do tego ogromny parking dla autokarów. Aż strach pomyśleć co się tu dzieje, jak te parkingi są zapełnione. Uliczki są malownicze i wąziutkie. W każdej kamieniczce jest albo sklepik z pamiątkami albo restauracja.










Dochodzimy do Église Saint-Pierre. Według tradycji kościół został ufundowany w VIII wieku przez św. Auberta, biskupa Avranches , jako miejsce jego pochówku. Obecny stan pochodzi z XIV , XV i XVII wieku.





Zaczynamy powolną wspinaczkę do opactwa. Opactwo Mont-Saint-Michel to wciąż działający klasztor. Miejsce to zostało dwukrotnie wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Sam budynek sakralny przyciąga 1,5 z około 2,5 miliona turystów przybywających co roku na górę, co czyni opactwo jednym z najpopularniejszych obiektów kulturalnych odwiedzanych we Francji. Opactwo było głównym miejscem pielgrzymek od VIII do XVIII wieku. Stanowi jeden z najbardziej niezwykłych przykładów architektury sakralnej i militarnej okresu średniowiecza.
Ogrom opactwa robi wrażenie, ale wnętrza, no cóż, czasami wioskowe romańskie kościoły, które zwiedzaliśmy były ciekawsze. Mimo to warto kupić bilet i wejść na samą górę, bo oprócz trasy zakamarkami wnętrz opactwa, mamy stąd piękne widoki. Widoczność była na tyle dobra, że widać chyba było brytyjską wyspę Jersey.





































Opuściliśmy klasztorne mury, cele i kazamaty. Pozostał nam jeszcze spacer murami obronnymi i basztami.




















To była super wycieczka, nogi w dup…, przedreptane dziś jakieś 15 km, a tu jeszcze 4 km do kampera. Powoli się jakoś zaczłapiemy. Idziemy i patrzymy z zazdrością na autobus, który stoi na przystanku i zabiera ludzi. Gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że o tej porze już nie ma gościa sprawdzającego bilety. Według zasady, jak czegoś nie można, ale bardzo się chce, to można, pakujemy się do autobusu i z bananami na gębach jedziemy. Z przystanku końcowego został nam już tylko kilometr do przejścia. W kamperze otwieramy piwko i czekamy jeszcze aż się ściemni, żeby zobaczyć jak oświetlona jest wyspa, ale okazuje się, że nic specjalnego. Zdjęcie słabe, bo na dużym zuumie przy słabym świetle.


Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
