Znowu pada, zjadamy śniadanie i kierujemy się w stronę Czarnej. Zaglądamy tu do Galerii Barak odwiedzić znajomego i trochę pogaworzyć. Kasia wypatruje tu solniczki, wiec wzbogacą kolekcję Grażynki. Co tu dalej robić w taką pogodę? A pojeździmy trochę po bieszczadzkich cerkiewkach.
Jako pierwszą odwiedzamy świątynię w Michniowcu. Dawno już tu nie byliśmy, wiec można się trochę pokręcić po okolicy. Cerkiew Narodzenia Bogurodzicy to dawna greckokatolicka cerkiew parafialna, wzniesiona w 1863 roku. Od 1971 cerkiew pełni funkcję rzymskokatolickiego. W 1962 część wyposażenia przewieziono do muzeum w Łańcucie. W 1983 wykonano nową polichromię wnętrza. Ikonostas pochodzi z drugiej połowy XIX w. ma nietypowy półkolisty kształt dostosowany do łuku tęczy. Jego dolne ikony namiestne zawieszone w nawie i ołtarzu bocznym. Carskie wrota zawieszone na ścianie w sanktuarium po obu stronach ołtarza głównego. Wrota diakońskie z pełnych desek.
















Tuż obok mamy bystre koło Michniowca, a w nim trochę starych chat i kolejna drewniana cerkiew. Cerkiew św. Michała Archanioła to dawna filialna cerkiew greckokatolicka, zbudowana w 1902 roku. Architektem, który ją zaprojektował, był najprawdopodobniej lwowianin Wasyl Nahirnyj, który stworzył także podobne budowle w Lutowiskach oraz Lipiu. W roku 1939 dobudowano obok murowaną dzwonnicę parawanową. Świątynia pełniła funkcję cerkwi filialnej, należącej do parafii w Michniowcu (dekanat żukotyński) aż do roku 1951, kiedy okoliczne tereny zostały przekazane Polsce przez ZSRR w ramach wymiany ziem. Przez krótki czas wykorzystywano ją jako kościół wyznania rzymskokatolickiego, ale ostatecznie została opuszczona i zaczęła ulegać dewastacji. W 1962 roku większość wyposażenia świątyni wywieziono do Łańcuta, aby zabezpieczyć je przed kradzieżą. W sąsiedztwie cerkwi znajduje się bojkowski cmentarz z XIX wieku. Na wszystkich krzyżach przedstawiono Chrystusa Ukrzyżowanego w tradycji bizantyjsko-ruskiej, ze stopami przybitymi osobno, głową opadającą na prawe ramię i zaciśniętymi dłońmi.






























Wróciliśmy do Czarnej i skierowaliśmy się w stronę Lutowisk. Tutaj wizyta w Nadleśnictwie, by odnowić przepustkę na drogi leśne i możemy ruszać w Dolinę Sanu. Wcześniej jeszcze uzupełnienie zapasów w sklepie i wody w Wilczej Jamie.

Jak już jesteśmy w Smolniku, to rutynowa wizytacja tutejszej cerkwi. Cerkiew św. Michała Archanioła w 2013 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Budowa świątyni zakończona została oficjalnie 1 sierpnia 1791roku i jest to z kolej 4 cerkiew w Smolniku. Funkcję parafialnej świątyni greckokatolickiej pełniła do 1951 roku (zawarcie umowy między PRL a ZSRR, w wyniku której Smolnik powrócił do granic Polski, zaś miejscowa ludność została wysiedlona do USRR). Opuszczona świątynia wraz z cerkiewnym cmentarzem była dewastowana, rozgrabiana, zamieniona na magazyn. Dopiero 6 marca 1969 roku cerkiew została wpisana do rejestru zabytków, co miało sprzyjać możliwości udzielenia pomocy finansowej i polepszenia jej sytuacji. Część wyposażenia cerkwi w Smolniku została zakwalifikowana do przeniesienia do składnicy pocerkiewnych ruchomości w Łańcucie. Na przycerkiewnym cmentarzu, który był niejednokrotnie dewastowany zachowało się tylko kilka nagrobków.














Powoli wjeżdżamy w Dolinę Sanu, w Dwerniczku uzupełniamy sobie wodę pitną w tutejszym źródle. Jest bardzo dobra, lepsza niż z kranu.

Ostatnia cerkiew na dzisiejszej trasie leży w Chmielu i została wzniesiona w 1906 roku. 1969 przejęta przez kościół rzymskokatolicki. Pełni funkcję kościoła filialnego parafii św. Michała Archanioła w Dwerniku. W roku 1968, podczas realizacji filmu Pan Wołodyjowski, Chmiel został wybrany na miejsce kręcenia scen pożaru Raszkowa. Uzyskano zgodę wojewódzkiego konserwatora zabytków w Rzeszowie na to, aby na potrzeby filmu spalić cerkiew. Doprowadziło to do silnych protestów środowisk konserwatorskich, na czele z Jerzym Szablowskim, dyrektorem Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu, zakończonych rezygnacją z pomysłu. Na cmentarzu cerkiewnym znajduje się kilka nagrobków z przełomu XIX i XX wieku oraz płyta nagrobna zawierająca inskrypcję w języku cerkiewnosłowiańskim z roku 1644. Tłumaczenie epitafium na język polski brzmi: Roku Bożego 1644, miesiąca lipca, dnia 17. Tu leży szlachetna Pani Feronia rodzona córka Pana Eustachego Dubianskiego a małżonka Pana Jana Orlickiego. Spoczywa tu w wierze, czeka daru, którym darem obiecane w niebie Królestwo.











Wstępnie biwak planowaliśmy przy wiacie w Sękowcu, ale skoro mamy przepustkę na drogi leśne, to jedziemy na punkt widokowy nad Sękowcem. Widok rozciąga się aż po Połoninę Wetlińską, która skryta jest w chmurach. Przed nami też ogromna nadsańska łąka. W takie miejsca lubią zawitać żubry, więc liczymy na jakieś obserwacje. Pogoda zaczyna się klarować i pod koniec dnia wychodzi nawet słońce. Mieliśmy nawet zamiar rozpalić ognisko, ale chyba nam się już to trochę znudziło. Finalnie obiad był na szybko, flaki po zamojsku ze słoika i bieszczadzka buła.























W końcu coś wyszło na łąkę. Tylko co? Czy to żbik? Możliwe, bo okolica odludna, więc chyba nie kot, na kota też trochę duży. Ciężko jednoznacznie określić, bo odległość spora i zdjęcia słabej jakości. Zakładamy, że to żbik, a fotki wysyłamy do ekspertyzy, do najsłynniejszego w Polsce leśniczego z Nadleśnictwa Baligród 😉






Słońce chyli się już ku zachodowi, trzeba jeszcze wypuścić drona i zerknąć na okolicę z innej perspektywy. Dopiero z lotu ptaka widać San.














Jeszcze kilka fotek z poziomu ziemi, potem nadrabianie zaległości z łącznością, czyli wieczór pogaduch ze znajomymi i rodziną. I tak minął całkiem fajny dzień. Co przyniesie jutro? Zobaczymy, bo ostatnio plany mocno niweluje pogoda.















Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
