Rano przywitał mnie dosyć ciekawy świt. Horyzont przy wschodzie słońca zrobił się prawie czerwony. Czyli gdzieś tam na środku Morza Czarnego jest ładna pogoda, ale nie w Konstancy.













Przy śniadaniu nastąpił mały problem. Biorę chleb, a tam wygryziona dziura, kurde mamy mysz na pokładzie. Kasi coś wieczorem chrobotało, do mnie rano też docierały jakieś dziwne odgłosy. No to wszystko jasne.

Czyli pierwszy punkt programu na dziś, to market budowlany. Dobrze, że jesteśmy w dużym mieście, bo gdzieś na zadupiu był by problem z zakupem. Trzeba szybko reagować zanim dobierze się do jakiś przewodów.

Dobra, teraz jeszcze trzeba znaleźć gdzieś jakąś wodę, bo się powoli kończy. Udaje się zatankować na stacji kolejowej w Costinești.

Skoro jesteśmy w Costinești, to podjechaliśmy nad morze zobaczyć, jak się ma wrak statku Evangelia. Nawet rozważaliśmy tu nocleg, ale jednak skierowaliśmy się do Vama Veche.









Jedziemy przez miasteczko i nagle słychać jakiś dziwny odgłos, a w lusterku coś się majta przy kole. Zatrzymuje się, a tam w oponie siedzi kawałek ogrodzenia z drutu, a jego końcówki zrobiły dwie dziury, z których z sykiem uchodzi powietrze. No trudno, lewarek zapas i problem. Jak zmieniałem opony, tak mi dokręcili koła, że nawet solidny przedłużany klucz nie daje rady. Żadna ze śrub nawet nie drgnie, nawet jak skaczę na kluczu, a ostatnimi czasy trochę mi się przytyło 😉 Z posesji przy której stoimy wychodzi gość, który nawet trochę mówi bo polsku, bo był marynarzem i często bywał w polskich portach. Próbuje zadzwonić do okolicznych warsztatów, ale jakiś pech i dziś nie pracują, ale idziemy do jego składziku i szukamy jakieś rury, by zrobić jeszcze większą dźwignię. Chyba to był znak drogowy, ale dał radę 😉 Kość dostał dwie małpki żubrówkę i żołądkową i pojechaliśmy szukać wulkanizacji. Po 8 km udało się naprawić oponę. Kasia mówi, że chyba starczy przygód na dziś, mysz, kapeć.



Dojeżdżamy w końcu do Vama Veche, byłem tu chyba z piętnaście lat. Wioska się rozbudowała, tam gdzie kiedyś biwakowaliśmy stoją hotele i pensjonaty, przybyło też knajp. Po sezonie jednak buszują tu tylko bezpańskie psy i koty, wiec stajemy sobie przy głównej plaży.



Jest tu chyba ze 100 barów, ale tylko jeden otwarty. Po dzisiejszych wypadkach, Kasia mówi, że już jakoś nie chce się jej robić obiadu, więc idziemy do jedynej otwartej knajpy. Na szczęście jedzonko wyśmienite, więc wychodzimy najedzeni.


Po objedzie idziemy na dłuższy spacer, by spalić trochę kalorii. W końcu się wypogodziło więc spacer jest przyjemny.












Wracamy do kampera, bo trzeba trochę popracować, ale z takim widokiem za oknem jakoś lżej. To już ostatni dzień z rumuńskim wybrzeżem. Jutro już wjedziemy do Bułgarii.






Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
