Rano skoro świt poszedłem zebrać upatrzone wczoraj grzyby. Maślaków było bardzo dużo, ale ani jeden nie był zdrowy. Nawet malutkie pyrtki były już robaczywe. Ale trafiło się kilka małych rydzów, które były zdrowe, ale ich ilość i objętość nie rokowały na śniadanie jajecznicy.


No cóż, na śniadanie były kanapki a zaraz po ruszyliśmy do latarni morskiej Faro do Roncudo. Mineliśmy miasteczko O Porto de Corme i dojechaliśmy na przylądek z latarnią. Po drodze mijaliśmy kilka fajnych miejsc na biwak, no ale to dopiero rano i ledwo wsiedliśmy do kampera. Wysieliśmy przy latarni, słonko już mocno przygrzewało a wiatr zanikł całkowicie. Kasia westchnęła, ale dziś by się fajnie na słonku siedziało i poszliśmy zobaczyć latarnie i otaczające ją klify. Nazwa Roncudo pochodzi od hałasu, jaki wydaje morze, gdy rozbija się o te klify. Prostota latarni morskiej, zbudowanej w 1920 roku i mającej 11 metrów wysokości, oraz otoczenie otoczone granitowymi kamieniami i surowym krajobrazem czynią ją jeszcze bardziej tajemniczą. To miejsce, gdzie miejscowi ryzykanci poławiają percebe del Roncudo, które my nazwaliśmy żółwimi łapkami. W pobliskim miasteczku jest nawet pomnik, tego owocu morza. Krzyże na przylądku świadczą jak niebezpieczne jest pozyskiwanie tego przysmaku. Jedne upamiętniają ludzi, którzy tu stracili życie, inne roztrzaskane o rafy statki, które tu zatonęły. Rozbił się tu nawet statek załadowany kukurydzą i przez miesiące karmił całą ludność okolicy.





















Wróciliśmy do kampera i dumamy, że jednak pogoda dziś jest tak piękna, że fajnie było by posiedzieć na słonku i odpocząć. Zapada decyzja, że jedziemy na wcześniej mijane miejsce piknikowe i zostajemy. Może w końcu jakiś grill, albo ryby? Piszę do Malwiny i Krzyska, którzy mieli dziś nas znowu dogonić, żeby zakupili po drodze jakieś rybki, wysyłam im namiar gdzie jesteśmy i wyciągamy fotele, w których zalegamy.






Kasia zaczyna czytać książkę, a ja robię sobie rowerem małą wycieczkę do miasteczka O Porto de Corme.















Po powrocie siedzimy, nudzimy się, ja spaceruje po klifach i czekamy na znajomych z rybami. Aurę mamy iście letnią, nawet kot szuka cienia i leży większość czasu pod kamperem.











W końcu dobijają nasze zguby i dziewczyny rozkładają patelnię, na których lądują ryby, a potem jeszcze na kolację krewetki. Siedzimy gadamy i tak mija nam kolejny dzień, który był rekordowy pod względem przejazdu kamperem. Zrobiliśmy dziś aż 5,2 km 🙂





Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
