Planem na dziś było zdobycie Musały. To najwyższy szczyt Bułgarii i całych Bałkanów. By to sobie trochę ułatwić, pierwszą część trasy pokonaliśmy wyciągiem. W pobliżu górnej stacji, bardziej senioralna część wycieczki mogła sobie zostać i pospacerować po okolicznych widokowych wzgórzach oraz posiedzieć w schronisku Yastrebetz. Z Kasią postanowiliśmy zdobyć prawie trzy tysięczny szczyt i pomimo, że ułatwiliśmy sobie trochę wycieczkę korzystając z kolejki linowej, to i tak zostało nam duże przewyższenie i kilka godzin marszu. Byłem trochę zły, rano złapałem plecak ze sprzętem foto i dopiero w wagoniku kolejki zorientowałem się, że zabrałem tylko obiektywy, a aparat został w samochodzie, bo się dzień wcześniej ładował. No cóż dobrze, że chociaż telefon naładowany i zdjęcia choć słabe, to jednak będą. Wędrówka na Musałę nie jest jakimś wielkim wyczynem, ale też nieźle daje w kość. Im wyżej tym trudniej się oddycha, ale za to widoki robią się coraz bardziej spektakularne. Gdy dochodzimy do kotliny z jeziorami polodowcowymi mijamy ostatnie schronisko na trasie, Ledenoto Ezero. Jest to raczej schron, bo warunki tu są bardzo spartańskie. Wyżej to już widokowy kosmos. W końcu dochodzimy na sam szczyt, wieje tu chyba zawsze, ale można się skryć za murami stacji meteo, która stoi poniżej szczytu. Na delektowanie się miejscem nie pozostaje wiele czasu, jak chcemy zdążyć na ostatni wagonik kolejki do miasteczka, inaczej czeka nas jeszcze kupa marszu w dół. Wracamy tą samą trasą, więc pokonujemy ją już dużo szybciej, bo idziemy w dół i mniej już robimy przystanków na zdjęcia. Zresztą pogoda zaczyna się załamywać i zaczyna nieźle wiać. Po drodze już blisko schroniska znajdujemy porzuconego w trawie Wojtka, który uciął sobie drzemkę, budzimy go, żeby powoli się zbierał do powrotu. Docieramy do stacji kolejki, zajmujemy miejsce w wagoniku, ale wyciąg nie rusza. Okazuje się, że są zbyt duże podmuchy wiatru. Czekamy trochę i po jakimś czasie operatorzy decydują się puścić kolejkę. Wagonik przed nami opuszcza hangar i od razu zaczyna nim majtać, z nami dzieję się to samo, adrenalina podskoczyła i mamy tylko nadzieję, że wagonik się nie urwie i nie runiemy w dół. Z pełnymi gaciami docieramy do granicy lasu, który już osłania linię wyciągu i przestaje nami bujać na wszystkie strony. Szczęśliwie docieramy na dół. Jak się okazało, załapaliśmy się na ostatni wagonik puszczony tego dnia. Reszta naszej ekipy, czyli Wojtek z Karoliną nie załapali się już na zjazd i po zmroku sprowadzała ich obsługa, oczywiście pieszo, więc wrócili nieźle zmęczeni.
















































Umówiliśmy się, że na część ekipy, która została na górze nie będziemy czekać w miasteczku, tylko poszukamy miejsce na biwak i wyślemy im koordynaty. Zresztą tego dnia nie dotarli do nas, wynajęli jakiś pokój, bo już mieli dość. My znaleźliśmy polankę, na której rozbiliśmy biwak i odpoczywaliśmy po dniu pełnym wrażeń.




Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
