Rano opuścilismy camping i ruszyliśmy dalej na już na wschód. Dziś kolejne czerwone klify przylądka Ponta João de Arens. Nazwa tego przylądka pochodzi od nazwiska pasterza, który mieszkał w pobliżu, a plaża otrzymała jego imię. Wycieczka dzisiaj nie była zbyt forsowna, bo klifami przeszliśmy tylko 6 km.








































































W sumie mieliśmy zostać w miejscu, z którego wyruszyliśmy na wycieczkę, nawet już zaczęliśmy odpoczynek, ale stwierdziliśmy, że jest na tyle wcześniej, że jeszcze pojedziemy kawałek w nowe miejsce.


Przebazowaliśmy się w okolice Plaży Grilheria, ale spacer odłożyliśmy sobie na jutro. Trzeba było w końcu zjeść obiad, a dziś szef kuchni serwował boczek pieczony. Parchatka mogła się dziś bezstresowo wylatać, bo na campingu nie miała za dużej swobody. Koty, psy, ludzie, więc dziś jak miała hektary krzaczorów, to wróciła dopiero jak się zaczęło ściemniać. Pogoda dziś znowu letnia, chyba najcieplejszy dzień tego roku, teraz wieczorem szaleją cykady, taki lipiec w Polsce.






Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
