Dzień 152 – Mamy polską kaszankę ;)

Rano status naszej paczki z Polski zmienił się na „postaramy w dniu dzisiejszym dostarczyć twoją paczkę do punktu odbioru”. Możemy więc ruszać do miasteczka, gdzie mamy ją odebrać. Szybki grill śniadaniowy i zbieramy się.

Do punktu odbioru paczki mamy 24 km, więc bliziutko. Po drodze robimy zakupy i serwis kampera, bo w miasteczku odbioru paczki zostajemy na noc.

Po dojechaniu do Armação de Pêra status zmienia się na „do odbioru”, idziemy więc szukać punktu odbioru. Mapa trochę źle wskazuje, ale po chwili odnajdujemy punkt i odbieramy naszą paczkę. W sumie z Polski na koniec Portugalii wędrowała 8 dni, no może 7, bo w niedzielę została nadana paczkomatem, więc proces wysyłki ruszył w poniedziałek. Koszt wysłania takiej paczki to 50 zł, myślę, że to fajna cena za taką odległość. Zataszczyliśmy pudło do kampera i otwieramy. Mamy tam zamówione wcześniej różne różności, które okazały się być potrzebne lub przydatne. Kasia uzupełniła apteczkę i swoje kosmetyki. Leki i kosmetyki są tu sporo droższe niż w Polsce. Ja sobie zamówiłem fajkę i tytoń, zapasowe grzałki do e-papierosa, mały inwerter do zasilania starlinka i swój mobilny warsztat modelarski na zabicie czasu wieczorami. Cztery Vifony ;), nie jesteśmy fanami chińskich zupek, ale czasami lubimy, a tu zupki są cienkie. No i oczywiście polska kiełbasa i kaszanka. Wszystko zapakowane próżniowo, wygląda ok. Kiełbasa na pewno przeżyła, zobaczymy jak kaszanka.

Paczka rozpakowana więc idziemy na spacer po Armação de Pêra. Typowy kurorcik, promenada nadmorska i jedno wielkie blokowisko hoteli. To nie nasze klimaty. Idziemy do małego fortu i wracamy do kampera. za to udało się kupić dwa komplety ciekawych solniczek do kolekcji Grażynki.

Zostawiamy zakupy w kamperze i idziemy na spacer w drugą stronę. Tutaj czekają na nas piękne klify, to już bardziej lubimy. Dziś bardzo gorąco, słońce na południowym wybrzeżu Atlantyku daje popalić, mieliśmy klifami dojść do następnego miasta i Ermida de Nossa Senhora da Rocha, ale gdzieś w połowie drogi zawróciliśmy. I tak dziś zrobiliśmy 10 km więc starczy.

Plażing, to też aktywność, za którą nie przepadamy. Jednak skoro stoimy przy samej plaży, to po powrocie z wycieczki spakowaliśmy zimne piwo, wzięliśmy matę i poszliśmy na trochę nad ocean. Można powiedzieć, że zaliczyłem pierwszą kąpiel w tym roku. Chwila nieuwagi podczas moczenia stópek, potężna fala i lutowa kąpiel zaliczona. Ale woda i tak cieplejsza niż w lipcu w Bałtyku 😉

Wracamy do naszego domku, teraz trochę przyjemności dla kota. Puszczamy ją „na miasto”. Na szczęście trzyma się blisko kampera, podziwia klify i pobliskie krzaczory. Jednak gdy pojawiają się miastowe koty, zamykamy ją w środku, żeby nie poszła w tango.

Jest tak gorąco, że nawet za bardzo nie chciało nam się jeść, a już tym bardziej na ciepło. Kasia więc zrobiła sałatkę z ziemniaków, jajka na twardo, cebulki i przesmażonego boczku, do tego majonez i obiadokolacja gotowa.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.