Rano udaliśmy się do miasteczka Tavira, okazało się dużo fajniejsze niż Faro. Trochę żałowaliśmy, że wczoraj tu nie dojechaliśmy, bo fajne knajpki kusiły i było by gdzie wyjść wieczorem.
Miasto to ma pewien orientalny urok, który przejawia się w dwuspadowych lub czterospadowych dachach, które w osobliwy sposób odcinają się od nieba, oraz w bramach wykonanych z przeplatanego drewna, które chronią domy, przepuszczając powietrze i dźwięk, co jest dziedzictwem Arabów zamieszkujących ten region. Tavira podzielona jest na dwa brzegi rzeki plątaniną wąskich uliczek i białych domów. Najstarszy most, o którym uważa się, że ma pochodzenie rzymskie, jest konstrukcją z XVII wieku z murowanymi balustradami, z których można podziwiać piękny widok na domy. Choć nie jest tak piękny jak ten, który możemy zobaczyć wspinając się na wieżę zamkową, jest to niewątpliwie najlepszy punkt widokowy w mieście, z którego możemy zobaczyć falujące dachy, kopuły kościołów, rzekę, saliny, a nawet błękitną linię morza, której granicę widać na horyzoncie.
Oprócz panoramicznych widoków, trud wspinaczki rekompensują nam wszystkie atrakcje, które możemy podziwiać po drodze. Jak wtedy, gdy przekraczamy bramę w murze i ze zdumieniem spoglądamy na piękny renesansowy portyk Misericordii, jednego z 37 kościołów w Tavirze. Możemy również odwiedzić Centrum Islamskie, aby dowiedzieć się więcej o historii miasta lub Muzeum Miejskie, znajdujące się w Pałacu Galerii, jego najsłynniejszym budynku. Nieco dalej znajduje się zamek i kościół Santa María, który stoi na miejscu dawnego głównego meczetu. Tutaj spoczywają Don Paio Peres Correia i siedmiu rycerzy Zakonu Santiago za ich wysiłki w celu zdobycia Taviry z rąk Maurów w 1242 r. Nieopodal znajduje się kościół Santiago, również zbudowany na starym meczecie, w tym przypadku mniejszym. Po drugiej stronie rzeki, na pobliskim cyplu, znajduje się więcej kościołów, które możemy zwiedzić, takich jak Pustelnia San Blas, pochodząca ze średniowiecza, Kościół Trzeciego Zakonu Karmen, jedna z najwspanialszych świątyń w Algarve, z bogatą dekoracją barokową, czy Kościół San Pablo , prostszy i bardziej surowy.



































































Na biwak pojechaliśmy koło wodospadu Cascata do Pomarinho. Jest tu fajny parking na uboczu otoczony sadami cytrusowymi. Spotkaliśmy tu nawet Polaków z naszych okolic.

Spacer do kaskady nie zakończył się sukcesem, gdyż po deszczu zejście było trochę niebezpieczne. Błotnista pionowa ścieżka nie rokowała dobrze. Sam wodospad też nie jest jakiś spektakularny, to raczej kaskada, których jest kilka na tym górskim potoku.





Za to pomarańcze, mandarynki i cytryny wpadały nam same do kampera. Sady są ogrodzone i położone na stokach wzniesień. Nie wiem czemu owoce nie są zrywane, spadają na ziemię i turlają się na parking i drogę. Wszędzie się walają, a są już super dojrzałe, soczyste i słodkie. Czy im się nie opłaca zbierać? Nie wiem. My jeszcze tak soczystych pomarańczy jeszcze nie jedliśmy.







Dawno nie było botanizowania, a dziś w miasteczku trafił się ciekawy krzew to Malvaviscus. Malvaviscus to rodzaj roślin kwiatowych z rodziny malw. Są to krzewy, a czasami małe drzewa, występujący naturalnie w tropikalnych regionach Ameryki, od Florydy, Teksasu i Meksyku na południe po Peru i Brazylię. Jak widać również i w Portugalii. Kwiaty przypominają kwiaty rodzaju Hibiscus, z tą różnicą, że płatki są spiralnie skręcone, a często występuje tylko niewielki, rurkowaty grzbiet kwiatowy. Zapylaniem zajmują się kolibry.



W stocznie też dziś trochę popracowałem. ORP Wicher zyskał burty i kluzy kotwiczne.



Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
