W nocy skarpa nas świetnie chroniła przed wiatrem, ani razu nawet nie bujnęło kamperem. Od rana świeci słońce, ale nadal wieje, ale na radarze widać nadciagającą chmurę śniegową i mamy przez chwilę namiastkę zimy.




Po śniadaniu jedziemy do centrum Szkotowa, wioski w której nocowaliśmy. Mamy tu do zobaczenia eklektyczny dwór z ok. 1900 roku. To niewielka, wiejska rezydencja ziemiańska położona w Szkotowie w gminie Kozłowo (powiat nidzicki, Warmia i Mazury). Został wzniesiony na przełomie XIX i XX wieku i reprezentuje typową dla tego okresu architekturę eklektyczną, łączącą różne historyczne inspiracje w jednej, malowniczej bryle. Dwór ma formę nawiązującą do miejskiej willi – co jest dość typowe dla późnych dworów pruskich z tego regionu.
Na przełomie XIX i XX wieku majątek w Szkotowie należał do niemieckich właścicieli ziemskich (m.in. rodziny von Livonius i późniejszych posiadaczy). Dwór stanowił centrum majątku ziemskiego obejmującego duży areał ziemi oraz zabudowania folwarczne i gospodarczą infrastrukturę. Obiekt określa się jako eklektyczny, czyli łączący różne wpływy historyczne (neorenesansowe, klasycyzujące i elementy form willowych). Nie jest to architektura jednolita stylistycznie – raczej świadome zestawienie form mające podkreślić status właściciela.


Kawałek dalej można zajrzeć do kościoła pw. św. Józefa Robotnika. Pierwotnie była to świątynia ewangelicka, wzniesiona w stylu neogotyckim z cegły. Obecnie służy jako kościół rzymskokatolicki. Jest to kościół o współczesnym, funkcjonalnym charakterze, pełniący przede wszystkim rolę centrum życia religijnego lokalnej wspólnoty. Należy do stosunkowo młodych parafii w regionie – została ona erygowana w drugiej połowie XX wieku i od początku związana była z dynamicznym rozwojem duszpasterstwa na terenach wiejskich. Jest typowym przykładem współczesnej parafialnej architektury sakralnej na Warmii i Mazurach, skoncentrowanej na praktycznym użytkowaniu i obsłudze rozproszonej ludności wiejskiej.







Kolejną ciekawostką w okolicy jest dawna granica pruska i poniemiecka zapora przeciwpancerna. W okolicach wsi Frąknowo przebiegała w przeszłości granica związana z Prusami Wschodnimi. Po I rozbiorze Polski (1772) oraz w wyniku późniejszych zmian administracyjnych, teren ten znalazł się w granicach państwa pruskiego, a następnie – Cesarstwa Niemieckiego jako część prowincji Prusy Wschodnie.
Po I wojnie światowej sytuacja granic w regionie stała się bardziej złożona: Prusy Wschodnie zostały odcięte od reszty Niemiec przez tzw. korytarz polski. W praktyce oznaczało to istnienie silnie strzeżonej granicy niemiecko-polskiej w pobliżu tych terenów. W krajobrazie do dziś można miejscami odnaleźć ślady dawnych linii granicznych: dawne drogi graniczne, nasypy, zalesienia o charakterze ochronnym oraz pozostałości infrastruktury celnej lub wojskowej.
W rejonie Frąknowa zachowały się również pozostałości niemieckich umocnień polowych z końcowego okresu II wojny światowej (1944–1945). Są one często określane zbiorczo jako zapory przeciwpancerne lub elementy tzw. linii obronnych Prus Wschodnich. Ich zadaniem było spowolnienie i kanalizowanie natarcia Armii Czerwonej podczas ofensywy zimowej 1945 roku, gdy front szybko przesuwał się przez Prusy Wschodnie. W wielu miejscach, także w okolicach dzisiejszej Nidzica i Frąknowa, takie przeszkody budowano w pośpiechu, często wykorzystując naturalne ukształtowanie terenu (doliny, skraje lasów, podmokłe obszary).






Znowu atak zimy i zawierucha.


Była zapora przeciw czołgowa, teraz jest przeciw kamperowa 😉


Kawałek dalej kolejna ciekawostka ukryta głęboko w lesie, to poniemiecka zapora wodna koło wioski Kalkownia. Według wielu źródeł, zapora była elementem niemieckiego systemu obronnego z 1938 roku, znanego jako Pozycja Olsztynecka (Hohenstein-Stellung). Jej zadaniem miało być spiętrzenie wód Witramówki i zalanie okolicznych terenów (przesmyku drogowego), co uniemożliwiłoby przejazd wrogich wojsk w głąb Prus Wschodnich. Istnieje również teoria, że obiekt pierwotnie powstał na potrzeby pobliskiego młyna wodnego, tartaku lub elektrowni wodnej (Johannenthal), które funkcjonowały w tej okolicy do 1945 roku.







Kolejna wojenna pamiątka to zapora przeciwczołgowa koło wioski Bolejny. Jest to jeden z najlepiej zachowanych i najbardziej nietypowych obiektów tego typu w Polsce. Zapora składa się z 61 stalowych słupów usytuowanych na wąskim przesmyku między jeziorem Bolejny a Jeziorem Wóleckim. Słupy wykonano z dwóch zespawanych ze sobą ceowników, które w środku zalano betonem.
Obiekt był częścią Pozycji Olsztyneckiej (Hohenstein-Stellung), niemieckiej linii obronnej o długości ponad 100 km. Prawdopodobnie materiały do jej budowy sprowadzono z okupowanych Czech. Zadaniem zapory było powstrzymanie wrogich czołgów i pojazdów opancerzonych poprzez fizyczne zablokowanie im przejazdu przez przesmyk.







Kawałek dalej można zobaczyć poniemiecki bunkier. Jest on częścią historycznej Pozycji Olsztyneckiej (Hohenstein-Stellung), która stanowiła linię obronną chroniącą Olsztyn przed ewentualnym atakiem. Budowa schronów w tym regionie rozpoczęła się w 1937–1938 roku, a sam obiekt w Bolejnach datowany jest na rok 1939. Jest to żelbetowy schron bojowy, który pierwotnie posiadał izby dla załogi oraz stanowiska ogniowe dla karabinów maszynowych i armat przeciwpancernych.








Bunkier leży nad dzikim niewielkim jeziorem Wólka. Jest to niewielki zbiornik o powierzchni około 15,6 – 19,4 ha. Jezioro Wóleckie jest połączone z sąsiednim Jeziorem Bolejny poprzez ciek wodny zwany Wólecką Strugą. Akwen jest zarządzany przez Gospodarstwo Rybackie Szwaderki i jest klasyfikowany jako jezioro linowo-szczupakowe.




I kolejna przeszkoda na drodze, tym razem wagi ciężkiej. Strażacy walczyli z tym prawie godzinę, więc chwilę postaliśmy, bo nie było za bardzo objazdu.



Jdziemy teraz do głównego punktu dzisiejszego dnia, to Rezerwat Źródła Rzeki Łyny.

Pierwszy etap wycieczki to trasa do Łyński Młyn. To niewielka, malownicza miejscowość i jednocześnie historyczny kompleks młynarski. Łyński Młyn powstał jako osada związana z młynem wodnym funkcjonującym nad rzeką Łyną. Tego typu obiekty były w regionie kluczowe dla lokalnej gospodarki – służyły do przemiału zboża i często stanowiły centrum życia gospodarczego okolicznych wsi.
Pierwsze wzmianki o młynie pochodzą z 1387 roku. Jego pierwszym właścicielem był komtur krzyżacki Johann von Baffart z Ostródy. Początkowo mielono tu zboże na mąkę i kaszę. W XVII wieku budynek służył jako folusz, gdzie sukiennicy z Nidzicy spilśniali tkaniny. Podczas II wojny światowej w obiekcie znajdowało się więzienie. Po wojnie młyn został zdewastowany i popadł w ruinę. W 2011 roku zabytek został odrestaurowany przez obecnego właściciela – Uniwersytet Warmińsko-Mazurski.
Znajdziesz tu małą kawiarenkę (serwującą kawę, lody i słodycze) oraz punkt z lokalnymi pamiątkami, np. ręcznie malowanymi magnesami.



































Teraz trasa wiedzie szlakiem wzdłuż Łyny i jej źródeł. To jedno z ciekawszych przyrodniczo miejsc północno-wschodniej Polski. Znajdują się na obszarze Pojezierza Olsztyńskiego, niedaleko wsi Łyna, na południe od Olsztynka. Źródła mają formę licznych wysięków i małych strumieni wypływających z podmokłego, torfowego terenu. Woda sączy się tu z ziemi w wielu punktach, tworząc początkowy bieg rzeki. Teren jest lekko pagórkowaty, porośnięty lasami i łąkami, co nadaje temu miejscu naturalny, niemal dziki charakter. Obszar ten jest chroniony jako Rezerwat przyrody Źródła Rzeki Łyny.
W rezerwacie można spotkać wiele cennych gatunków roślin, m.in. mchy torfowce oraz rośliny bagienne. Teren stanowi również siedlisko dla ptaków wodno-błotnych oraz drobnych ssaków. Wilgotne środowisko sprzyja dużej bioróżnorodności. Łyna jest jedną z najdłuższych rzek regionu – płynie przez Olsztyn, a następnie przez teren Rosji (obwód kaliningradzki), gdzie uchodzi do Pregoły.

























Cała wycieczka to 5 km, tylko powrót mało ciekawy, ścieżką rowerową wzdłuż drogi i pół.


W punkcie startu jest fajny parking z wiatkami i miejscem na ognisko. Zrobimy sobie tutaj biwak. Miejscem opiekuje się jakieś lokalne stowarzyszenie i można za pomocą kodu QR ich wspomóc, co też uczynilismy.





Za oknem dmucha, więc nie robimy ogniska, tylko odpoczywamy sobie w kamperze, jest przyjemnie, bo przez okno przyświeca słonko. Tylko koty trochę polatały, ale chyba dupska zmarzły i dosyć szybko wróciły do kampera. Na obiad Kasia wyczarowała pyszną chińszczyznę 🙂



Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
