Rano trochę spraw technicznych. Wizyta na stacji paliw i w Lidlu. Zapasy uzupełnione, możemy jechać na południowy wschód Evii. Do pokonania mamy Góry Dirfi. Góry Dirfi (gr. Δίρφυς, Dirfys) to najwyższe pasmo górskie wyspy Evia. Ich centralnym i najwyższym punktem jest szczyt Dirfi, wznoszący się na wysokość około 1743 m n.p.m., co czyni go jednym z najwyższych szczytów wysp Morza Egejskiego. Pasmo położone jest w środkowej części wyspy i ma charakter wyraźnie alpejski, co stanowi kontrast wobec nadmorskich krajobrazów Ewii. Góry Dirfi zbudowane są głównie z wapieni i łupków, a ich strome zbocza, głębokie wąwozy oraz liczne źródła świadczą o intensywnych procesach geologicznych i krasowych. Klimat w wyższych partiach jest chłodniejszy i bardziej wilgotny niż na wybrzeżu. Zimą szczyty często pokrywa śnieg, natomiast latem temperatury pozostają umiarkowane. Dzięki temu obszar ten charakteryzuje się bogatą roślinnością: od lasów sosnowych i jodłowych na niższych wysokościach po roślinność wysokogórską w partiach szczytowych. Występują tu także liczne gatunki endemiczne.
Przejazd trasą z Nea Artaki do Kymi to setki zakrętów, oszałamiające widoki, ale to nie trasa dla ludzi z lękiem wysokości. Drogi wykute w skalnych półkach, przepaście, brak barier, osówiska, często droga trzyma się na słowo honoru i tylko patrzeć jak runie w dół. Przy dużym ciężkim kamperze, trzeba bardzo uważać by nie spalić hamulców, bo zjazdy są strome i długie. Przejazd przez górskie wioski kamperem, to połączenie gry zręcznościowej z logiczną 😉 Nie ukrywam, że trasa mnie zmęczyła, a Kasia była chyba lekko posr.., wystraszona 😉 Jednak dla tych widoków warto było.
Najwyżej wjechaliśmy na jakieś 1050 m n.p.m. i upały na takiej wysokości zelżały. W rowach leżał jeszcze śnieg, wiec w sylwestra i nowy rok, kiedy było 2 dniowe ochłodzenie, musiało tu być biało.






















































Zatrzymaliśmy się w miasteczku Kymi, ale nie urzekło nas, choć gdzieś ktoś je polecał. Często nazywane jest „balkonem Morza Egejskiego”, ponieważ zabudowa miasta wznosi się tarasowo na zboczach wzgórz, oferując szerokie panoramy na morze i okoliczne krajobrazy. W górnej części Kymi znajduje się historyczne centrum z wąskimi uliczkami, kamiennymi domami i placami, na których toczy się codzienne życie mieszkańców. Dolna część, Paralia Kymi, pełni funkcję portu i letniego kurortu – to stąd odpływają promy na wyspy Cyklad, a nadmorska promenada przyciąga tawernami serwującymi świeże ryby i lokalne specjały.



















Zjechaliśmy do portu by już znaleźć miejsce na nocleg. Pojechaliśmy kawałek na południe, no jest parking nad morzem, nawet fajnie. Zacząłem poziomować kampera, by dobrze się spało.




Miejsce fajne, ale przy drodze, więc kotów nie wypuścimy. Skoro mają dziś szlaban, to może jednak pojedziemy na nocleg do portu? Są tam tawerny, można jeszcze jakiś spacer uskutecznić. No to przestawiamy się.





Patrzymy za oknem czeka prom, sprawdzamy gdzie płynie, okazuje się, że na wyspę Skiros. No to idziemy do budki sprawdzić ile wyjdzie nas taka przygoda. Niecałe 60 € w jedną stronę no to może jutro popłyniemy? Siedzimy i dumamy, patrzy co jest ciekawego na wyspie. Sprawdzam też prognozy. Dziś nieźle wieje, ale jutro ma wiać dużo mocniej. Mówię do Kasi, jak mamy płynąć to dziś, bo jutro już może być niezły sztorm. No dobra, jedziemy pod kasę kupić bilety. Pani w systemie ma kampera jako długość 7m nasz ma 6,36 ale zawsze na promach podaję 6 m 😉 Pani bierze taśmę i mierzymy, wychodzi 6,10 😉 sprzedaje nam bilet na 6 m 😉 Czekamy pół godzinki i wbijamy na prom.

Zatoka portowa była spokojna i przyjemna, gdy wypłynęliśmy na pełne morze zaczęło się. Może to jeszcze nie sztorm, ale fale były jebitne. Załoga zaczęła od razu rozdawać foliówki 😉 Kasia przed rejsem walnęła kilka głębszych i jakoś dawała radę. Mnie na szczęście nic nie ruszało. Pewnie był by luzik, gdyby nie to, że kilka dni temu w końcu zobaczyliśmy Heweliusza i wyobraźnia zaczęła działać 😉 Jednak po dwóch godzinach falowania, szczęśliwi dotarliśmy na wyspę Skiros do wioski Linaria.



















Gdy weszliśmy do kampera, okazało się, że koty gorzej od nas zniosły rejs i wymiotowały. Na szczęście na podłogę, więc łatwo było posprzątać. Zjechaliśmy na ląd i ustawiliśmy się na portowym parkingu. Tutaj spędzimy noc.



Ja browarek, Kasia lampka wina i chwila wytchnienia. Dupki jednak swędzą i idziemy zobaczyć tutejszy mały port otoczony białymi domkami. Nawet tu ładnie, oczywiście są i koty, jeden bardzo wyspecjalizowany w proszeniu o jedzonko. Porcik mały, wiec po chwili siedzieliśmy w małej portowej tawernie, snując plany na najbliższe dni. Musimy tu zostać chyba do wtorku, bo najbliższe dni będą sztormowe.













Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
