Dzień 351 – Żołędziobicie

Grzybów na naszej miejscówce nie było, za to dąb pod którym staliśmy zafundował nam fajną noc. Co chwile spadały z niego żołędzie, które robiły niezły huk, budząc nas co chwilę. Jak zawiał wiatr, to spadały seriami. Rano sprawdziłem, czy nie potrzaskały paneli fotowoltaicznych. Na szczęście nie. Grzybów nie ma, to stwierdziliśmy, że podjedziemy sobie na biwak bliżej miejsca piątkowego spotkania ze znajomymi. Znalazłem w aplikacji Grupa Biwakowa fajną miejscówkę w środku lasu, pomiędzy Antoninem a Kępnem. Miejsce super, zadaszone stoliki, miejsce na ognisko, nasłoneczniona polanka i cisza i spokój, bo to totalne zadupie.

Po przyjeździe Kasia zabrała się od razu za księgowanie, bo weekend będzie imprezowy i na pewno nie popracuje. Ja nie wytrzymałem i choć wiedziałem, że grzybów nie ma, to mimo to poleciałem na chwilę w las. Oczywiście bez rezultatu. Ale trochę ostatnio popaduje i chyba w niedzielę tu wrócimy, może coś się wykluje, bo miejsce na grzyby piekne.

Na pocieszenie tylko purchawka na polanie biwakowej 🙂

Po powrocie z lasu zabrałem się za naprawę szuflady, która na zakręcie się z impetem wysunęła, aż odpadł front. Niestety w kamperze trzeba pamiętać o blokowaniu zamków w szufladach przed ruszeniem w drogę. Jak się zapomni, to pierwszy ostrzejszy zakręt o tym przypomina. Potem i ja zabrałem się za pracę.

Późnym popołudniem odpaliłem ognisko i wrzuciliśmy na patyki kiełbaski. Czeskie rohliki tworzyły z nią idealny duet. Takie czesko polskie hod dogi 😉

I tak minął dzień w ciszy i spokoju. Jutro do południa jeszcze trochę pracy i porządki w kamperze i jedziemy na weekendową imprezę. Tym razem to spotkanie pod hasłem „wykopki” w stadninie koni Marsyl naszych znajomych.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.