Dzień 397 – Rudaski

Rano przyszło nam się pożegnać z Joasią i Jarkiem, ale być może jeszcze nasze drogi się skrzyżują. Wypiliśmy jeszcze kawę i każdy ruszył w swoją stronę.

Udaliśmy się do jakiejś większej wioski do sklepu, kupić pieczywo na dwa dni, bo we wtorek w Grecji jest święto i sklepy będą pozamykane. To Ohi Day (gr. Ημέρα του Όχι) po polsku Dzień Nie. Jest to jedno z najważniejszych świąt narodowych w Grecji – upamiętnia moment, kiedy 28 października 1940 roku grecki premier Ioannis Metaxas odmówił ultimatum włoskiego dyktatora Benito Mussoliniego, żądającego zgody na wkroczenie wojsk włoskich na terytorium Grecji.

Zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy ciut na zachód. Zamek Potamos, a raczej jego ruiny zobaczyliśmy sobie z dołu, bo warowania była otoczona ogrodzeniem. Zresztą z zachodu nadciągały już granatowe burzowe chmury i lada chwila miało się rozpadać. Obok w sadzie oliwki wielkości śliwek węgierek.

Zamek był prawdopodobnie wzniesiony w XIII wieku. Przypuszcza się, że został wzniesiony lub rozbudowany przez rody genueńskie lub inne zachodnie wpływy na terenie Tracji greckiej. Jego położenie było strategiczne, miał kontrolować przejścia z równiny Komotini w kierunku wnętrza gór Rodopów oraz chronić wybrzeże i tereny wschodniej Tracji przed najazdami z północy.

Kawałek dalej za wioską Avas wjeżdżamy do wąwozu, który niedawno nawiedził pożar. Kanion nawet ciekawie wygląda, otoczony jest skalistymi ścianami, lecz rzeka na jego dnia jest wyschnięta.

Na końcu wąwozu mieliśmy zaplanowany biwak. Urządzono tam miejsce piknikowe ze stolikami, wiatą i źródłem wody. Infrastruktura jest po obu stronach drogi. My się schowaliśmy trochę głębiej, ale nasilający się wiatr przed burzą, wygonił nas na bardziej odsłonięte miejsce. Obawialiśmy się, że może na nas spaść jakieś drzewo lub konar.

Obok miejsca piknikowego znajduje się kaplica Ξωκκλήσι Αγίου Αθανασίου.

Gdy przejechaliśmy na drugą stronę drogi, nagle pojawiły się dwa kociaki strasznie miaucząc. Chwile wcześniej odjechał stąd samochód, czyżby on wyrzucił je na parkingu? Być może, bo chwile wcześniej jak tu się zatrzymaliśmy kotów nie było. Oczywiście dostały jedzenie, wodę i po chwili same wpakowały się do kampera. Za oknem rozpętała się burza i zaczęło lać. Koty szybko się zadomowiły i opanowały nasze łóżko. Znowu bijemy się z myślami co zrobić, kociaki urocze i słodkie siostrzyczka trochę drobniejsza, braciszek większy, oba dosyć zadbane i czyste. Kusi je zabrać, ale cały czas próbujemy się przekonać, że to nie jest dobry pomysł, bo choćby sterylizacja i kastracja na wyjeździe może być kłopotliwa, nie wiemy jak bedą znosić jazdę, czy za chwilę nie uciekną? Na razie otworzyliśmy im kocie drzwiczki, które zamontowaliśmy dla Parchatki i mają swobodę ruchu. Kilka razy wychodziły ala jak na razie wracają do kampera. Na razie musimy się z tym przespać i pewnie spanie będzie z kotami.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.