Dzisiaj naszym głównym celem są jaskinie Didymów w Argolidzie, więc dosyć szybko rano się zbieramy, bo musimy objechać 40 km masywu górskiego. 40 kilometrów trzeciorzędną drogą przez góry w Grecji, to prawie trzy godziny jazdy. Pogoda dziś zmienna, na wybrzeżu słońce, a w górach przewalają się deszczowe chmury. Chwile wcześniej musiała tu być niezła zlewa, bo na drodze pełno wypłukanego piachu i żwiru. W końcu docieramy do Didima, tutaj jeszcze kilkaset metrów drogą gruntową i jesteśmy przy ogromnych zapadliskach.
Doliny–jaskinie Didymów w Argolidzie, znane po prostu jako Didyma lub Didima, to niezwykłe formacje krasowe położone we wschodniej części Peloponezu, w regionie Argolida, niedaleko miasteczka Didyma. Powstały w wyniku zawalenia się stropów podziemnych jaskiń wapiennych. Każda z nich ma niemal idealnie kolisty kształt, bardzo strome ściany i płaskie dno. Średnica dolin sięga około 150–200 metrów, a głębokość dochodzi do 60–80 metrów, co robi ogromne wrażenie nawet z punktów widokowych na krawędziach. Teren był zamieszkany i użytkowany już w starożytności, a z dolinami wiąże się wiele lokalnych legend i podań, często o charakterze religijnym lub ludowym.
Pierwszą odwiedzamy Mikrí Dólina (Mała Dolina), wchodzi się do niej skalnym tunelem, a po wyjściu z niego otwiera nam się widok na ten cud natury. Wewnątrz znajdziemy dwie kaplice wkute w jej klify – Agios Georgios (św. Jerzy) i Agia Marina (św. Marina). Miejsce naprawdę piękne i tajemnicze.






































Megáli Dólina (Wielka Dolina) choć większa nie jest już tak tajemnicza. Nie tworzy też idealnego okręgu. Oddalona jest od małej o jakieś 300 metrów, z daleka wygląda trochę jak kamieniołom. Nie ma tez wytyczonego zejścia na jej dno, tylko kilka punktów widokowych na jej krawędziach. Oczywiście na dziko da się tam zejść ale trzeba trochę przedzierać się przez głazowiska i kolczaste krzaczory.











Film z obu zapadlisk nie jest zbyt efektowny, bo wiał dosyć silny wiatr i dron wysyłał komunikaty, że wieje za mocno.
Teraz kierujemy się do miasteczka i portu Kilada. Mamy tu pralnię, a że takie przybytki nie są zbyt powszechne w Grecji, to musimy skorzystać z okazji. Tym bardziej, że pralnia jest przy stacji paliw z wygodnym parkingiem. W Grecji przeważnie jak są już jakieś pralnie to w centrach miasteczek, gdzie kamperem trudno dojechać, nie mówiąc już o zaparkowaniu. Tutaj mamy kampera pod samymi drzwiami. To robimy pranie konkretne, oprócz ciuchów idą też do automatów pokrowce z siedzeń, śpiwory, koce i poszewki. Już od jakiegoś czasu, w wyniku naszych obserwacji i doświadczeń stwierdzamy, że Grecja to taka jedna prowizorka, wszystko niby działa, ale nie do końca dobrze, jak by kraj był poskładany na trytytkach. Nie inaczej było i w pralni, automaty trochę z innej epoki, amerykańskie, jakby porzuciła je armia w 1949 po wojnie domowej. Bębny ładowane od góry, trochę jak nasza Frania 😉 W cenie nie ma detergentów, a my mamy dwie ostatnie kapsułki, ale jest automat do saszetek. Wrzucamy euro, coś zawarczało i nic nie wyleciało. Kasia idzie na stację do obsługi. Przychodzi gość, wrzuca euro, to samo. Idzie gdzieś zadzwonić. Odpalamy dwie pralki z naszymi kapsułkami i czekamy. Po 15 minutach zjawia się gość otwiera szafę i ręcznie wydaje nam kapsułkę. Mamy sporo czasu, sprawdzam płyny w aucie, no można by trochę dolać płynu hamulcowego, idę na stację kupić. Tam szok, że chcę kartą zapłacić. Grecy strasznie boją się kart płatniczych, a o paragon często trzeba się wykłócić 😉 Gość odpala dopiero kasę fiskalną, komputer i dwa terminale, ale nic nie działa, no trudno kupię gdzieś indziej, bo cała gotówka poszła na wielkie pranie. Finalnie z prania też nie do końca jesteśmy zadowoleni, nie doprane, nie dosuszone, choć wywaliliśmy prawie 40 €.


Sporo nam się zeszło na praniu, więc już tylko szukamy miejsca na biwak. Port w Kilada o tej porze roku opustoszały i spokojny, jest nawet fajny placyk na ustawienie kampera, ale w takim miejscu koty nie polatają. Za miasteczkiem, na małym przylądku jest jakaś kaplica i droga do niej, może tam będzie fajnie. Dojazd trochę wymagający, musiało tu niedawno mocno padać, bo jest trochę błota, a podjazdy wypłukane przez spływającą wodę, trzeba lawirować miedzy głębokimi koleinami, ale udaje nam się dojechać do kaplicy. No jest bosko, zostajemy. Koty na spacer, a Kasia szykuje spóźniony obiad, Dziś mielone z ziemniaczkami i mizerią, bo mamy jeszcze trochę śmietany. Trochę nas zmęczył ten dzień i już nikt nie miał siły na pracę. Miejsce fajne, więc zostajemy tu jeszcze jeden dzień i jutro poświęcamy cały dzień na pracę.





























Kaplica św. Mikołaja, koło której stoimy to niewielka, malownicza świątynia prawosławna poświęcona patronowi żeglarzy i rybaków. Kaplica ma skromną, tradycyjną architekturę bielone mury, prostą bryłę i półokrągły dach. Jej położenie nad samym morzem sprawia, że jest jednym z najbardziej charakterystycznych punktów krajobrazu Kilady.




Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
