Wczoraj w prognozach zapowiadany był spory wiatr, a że na naszym parkingiem był całkiem fajny wiatrochron, to wieczorem przestawiliśmy się asekuracyjnie. To był dobry pomysł, bo gdzieś nad nami szalał wiatr, a w naszym kąciku było przytulnie i bezwietrznie.

Zjedliśmy śniadanie i poszliśmy zobaczyć zamek pod którym staliśmy. Baszta była zamknięta, więc obeszliśmy warownie na około, podziwiając ją z zewnątrz. Castelo de Pombal choć dokładna data budowy zamku nie jest znana, uczeni przyznają, że miała ona miejsce wraz z innymi, w czasach chrześcijańskiej rekonkwisty, w XII w., za panowania D. Afonso Henriquesa. Zamek ma plan w kształcie tarczy , nawiązujący do twierdzy Zamku Tomar.










Miasto Leiria, to nasz kolejny kierunek. Czeka tu na nas kolejny zamek i spacer po starym mieście. Zaczynają nam się coraz bardziej podobać portugalskie zamki, niedawno do jednego wjechaliśmy ruchomymi schodami, a dziś wwiozła nas na wzgórze zamkowe kolejka. Jak by tego było mało, po drógiej stronie góry były windy, którymi zjechaliśmy do starego miasta. Nachodzić to się dziś nie nachodziliśmy. Trafiliśmy też na duży targ i chwilę się po nim poszwędaliśmy. Tu już sprzedają o tej porze sadzonki i rozsady. Leiria ma rzekę, która płynie w górę, wieżę, która nie ma katedry, katedrę, która nie ma wieży i Prawą Ulicę, która nie ma. Ze średniowiecznego zamku miasto rozrosło się poza murami w pierwszym okresie naznaczonym romańskim kościołem San Pedro, a później w XIX wieku. XVI wraz z budową katedry Sé i Misericordii. Następnie miasto rozszerzyło się aż do rzeki Lis, a na jej zielonych brzegach znajdowały się różne budynki sakralne.































































Archaiczny salon fryzjerski skusił nas i Kasia poszła pod brzytwę, tak brzytwę, bo fryzjer cieniował włosy grzebieniem i brzytwą. Kasia mega zadowolona z usługi i próbowała za pomocą translatora ładnie podziękować, ale starszy pan nie rozumiał, przełączyła na tłumaczenie mowy i pan przyznał się, że nie potrafi czytać ani pisać, trochę nas to zszokowało. Ale swój fach za to znał bardzo dobrze, kolejnym zaskoczeniem była cena, tylko 7 €, więc zostawiliśmy napiwek, bo rozglądając się wcześniej za fryzjerem, byliśmy już zorientowani ile ta usługa średnio kosztuje.




Za miastem zrobiliśmy zakupy, zgadnijcie gdzie? Pingo Doce, to nic innego jak portugalska Biedronka. Niestety, ale nie znaleźliśmy w niej ani jednego produktu z Polski. Jedyne podobieństwo do polskiej, to ilość kas otwartych w markecie, czyli jedna 😉

Przy latarni morskiej Farol Penedo da Saudade, wróciliśmy z powrotem nad ocean, bo na kilka dni odbiliśmy w interior. Jest to czworokątna kamienna wieża z dołączonym budynkiem pokrytym czerwonawo-brązowymi płytkami. Ma 32 metry wysokości.





Przy plaży Praia da Polvoeira. Przejeżdżając drogą wypatrzyliśmy stojące na klifie kampery i zajechaliśmy zobaczyć miejsce. Okazało się fajne i zapadła decyzja, zostajemy. Dziś trochę wcześniej bo nazbierało się pracy i zamiast siedzieć na słonku, w ruch poszły dokumenty. Dziś rano było jeszcze chłodno, bo tylko 13 stopni, ale po południu napłynął ciepły front i na biwaku mieliśmy 21 w cieniu. Bardzo ciekawy był też zachód słońca, gdy tuż przed schowaniem się w oceanie zakryła go jakaś mgła.
















Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
