Pierwszy dzień świąt, to i dziewczyny dłużej pospały. Na śniadanie przyjęliśmy dawkę przypominającą sałatki. W czasie kawy już napisała Kasia z Aleksem, że są już na mieście, więc i my powoli zaczęliśmy sie szykować do wyjścia.

Podjechaliśmy Uberem do centrum i rozpoczęliśmy kolejny dzień poznawania Lizbony. Tak bez planu, gdzie nas oczy poniosą. Wysiedliśmy przy Parku Eduardo VII i ruszyliśmy w kierunku dzielnicy Alfama, która jest najstarszą częścią miasta. Lizbona pierwszego dnia świąt nie wyglądała zbyt fajnie. Przepełnione kosze na śmieci, które walają się po ulicach. Ale są i plusy, pootwierane małe sklepy oraz sporo barów i restauracji. Gdy już doszliśmy do starego miasta, przyszedł czas na piwko. Tutaj wyznaczyliśmy spotkanie z Kasią i Aleksem.







































Dalszą część spaceru odbyliśmy już z Kasią i Aleksem. Znowu zagubiliśmy się w uliczkach Lizbony. Ale też i przyszła pora na obiad. Głód zaatakował znienacka, więc chwilę poszukaliśmy knajpki, która nam się spodoba i będzie miała dobre opinie. Zasiedliśmy na słońcu i zjedliśmy świąteczny obiad. Pogoda nadal dopisuje, więc obiad mogliśmy zjeść na świeżym powietrzu. Dziś na słońcu było naprawdę ciepło, na krótki rękawek, ale gdy się weszło w zacienione wąskie uliczki, trzeba było zakładać coś cieplejszego.
































Najedzeni ruszyliśmy dalej na podbój Lizbony. Spacerowaliśmy tak do zmroku i jeszcze dłużej. Czasami trzeba było wzmocnić się jakimś piwem lub winem, ale powoli marzył nam się już odpoczynek w kamperze. Pożegnaliśmy Kasie i Aleksa i Uberem wróciliśmy na camping. Nasi przyjaciele jeszcze nie odpuszczali, maja lepiej, bo mają kwaterę praktycznie w centrum starego miasta. My do campingu mamy jakieś 11 km.









































































Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
