Rano już nie było tak ładnie, niebo zasnuły chmury, ale przynajmniej było w miarę ciepło. Po śniadaniu z nad Jeziorka Bobrowego ruszyliśmy z stronę nieistniejącej wioski Huczwice. Jechaliśmy powolutku rozglądając się wokoło i obserwując huczwickie łąki, na które lubią wychodzić żubry, ale nic nie udało się „ustrzelić”. W centrum dawnej wsi zostawiliśmy kampera na poboczu i poszliśmy na cerkwisko, czyli miejsce po dawnej świątyni. Po kilkunastu krokach Kasia wypatrzyła świeżo odciśniętą łapę niedźwiedzia. Powinna być tropicielką, bo kiedyś w Rumunii, też coś takiego wypatrzyła koło naszego obozowiska. Zapał spaceru na cerkwisko jakoś nam minął, ale było już do niego dosłownie kilka kroków. Pohałasowaliśmy trochę i poszliśmy dalej. Kasia dumna, gdyby nie ja to byśmy tego nie zobaczyli, ja na to, lepiej nie patrzeć się na tropy, bo wtedy spokojniej się idzie 😉 Dotarliśmy na miejsce.
W 1921 roku w Huczwicach stało 28 domów, w których zamieszkiwało 156 osób. Początkiem XX w. wieś przyłączono do pobliskiego Rabego, jako przysiółek. Tutejsza cerkiew greckokatolicka pw. Zwiastowania NMP została zbudowana w roku 1850. Była to konstrukcja drewniana i jak jak cała zabudowa wsi uległa zniszczeniu podczas i po II wojnie światowej. Do dziś zachowały się resztki podmurówki oraz fragmenty krzyży wieńczących dach świątyni, na cmentarzu nie zachowały się wszystkie nagrobki, większość uległo zniszczeniu.









W planach mieliśmy dziś wycieczkę na Manyłową, ale pogoda plany powoli weryfikowała. Dojechaliśmy na niewielki parking przy deszczochronie, przy szlaku na górę z cmentarzem z I Wojny Światowej.













Z nieba zaczynało powoli płakać, a radar pogodowy pokazywał, że będzie tylko gorzej. No trudno, Manyłową odkładamy, ale zrobimy sobie chociaż wycieczkę do cudownego źródełka i kapliczki Synarewo. Murowana budowla została wybudowana prawdopodobnie początkiem XIX wieku. Ponoć wybudowano ją w tym miejscu ukazania się Matki Boskiej jednemu z mieszkańców Rabego – Feciowi Dziule. Inna legenda opowiada o pastuchu z Huczwic – Mikołaju Syczu, który dzięki przemywaniu oczu w wodzie ze źródła, uleczony został ze ślepoty. Dlatego też, źródło, które wypływa spod kapliczki uznawane jest za cudowne o właściwościach leczniczych.











Po powrocie rozpadało się na dobre, no to przejedziemy się na Przełęcz Żebrak, dawno tam nie byliśmy, a po drodze może na rabskich łąkach pokaże się jakiś żubr. Z dawnej wsi poza drzewami owocowymi już nic nie zostało. No może poza grobem Michalczaków, dawnych właścicieli Rabego, któryznajduje się na cerkwisku. Tutejszą cerkiew zbudowano w 1926 r. świątynia była w typie cerkwi wschodniołemkowskich, z trzema baniastymi hełmami. Jak wiele innych cerkwi w Bieszczadach została zniszczona po II Wojnie światowej, podczas wysiedleń w ramach Akcji Wisła. Dziś jedynie grób dawnych właścicieli wioski – Katarzyny – zmarłej w wieku 31 lat w 1919 r. i Andrzeja – zmarłego w 1927 r. w wieku 45 lat przypomina o lokalizacji świątyni i cmentarza.






Na Żebraku już totalnie lało, więc szybki foto stop i wracamy.





Zjechaliśmy na dół, z powrotem w Dolinę Rabskiego Potoku. Miejsce to fajnie się zmieniło, wzdłuż drogi biegnie ciekawa ścieżka edukacyjna, fajnie poprowadzona, z ciekawymi tablicami, więc jak ktoś chce sobie tutaj zrobić spacer, to będzie on przyjemniejszy niż marsz drogą.





My zatrzymaliśmy się na trochę przy starej sztolni w Rabem i źródle. Sztolnia powstała prawdopodobnie w celu poszukiwania występujących na tym terenie rud żelaza i arsenu dziś jest zamknięta. Dawno temu w dolinie zlokalizowane były huty służące do wytopu tego metalu. Nie jest to jakiś imponujący chodnik, bo ma tylko 13 metrów długości, kiedyś można tu było swobodnie wejść (ostatnie 3 zdjęcia z 2005 roku). Przy okazji taka zabawna historia. W sztolni i w okolicy, mój kolega Wojtek założył kiedyś skrzynki Geocaching. Nie były to byle jakie skrzynki, bo zawierały alkohol. Jakieś 20 lat temu imprezowaliśmy w huczwickiej chatce i w nocy skończył się alkohol, a chęci jeszcze były. Żubr mówi, znam melinę w Baligrodzie, no co z tego, skoro nie ma trzeźwego kierowcy. Nagle przyszło oświecenie 🙂 zaraz będą trzy flaszki. Wsiadamy w Vitarę i drogami leśnymi obskakujemy Wojtka skrzynki Geocachingowe. Uff są pełne, więc wracamy do chatki i kontynuujemy imprezę. Na drugi dzień grzecznie odkupujemy zawartość skrzynek w sklepie i uzupełniamy skrzynki.






Obok sztolni znajduje się pompa z wodą mineralną, która jest unikatowa w skali europejskiej. Jest to jedno z dwóch taki źródeł w Polsce, drugie znajduje się w Kudowie. Woda ponoć wspomaga leczenie wielu chorób, w tym schorzeń serca. Jest to obszar występowania wód mineralnych z solami arsenu tzw. szczaw arsenowych.



Jadąc w stronę Bystrego spotkaliśmy Wojtka, o którym była mowa wcześniej. Umówiliśmy się za chwilę w Jabłonkach przy wiacie. Wojtek pojechał do Marcina, a my zatrzymaliśmy się przy obelisku Aleksandra Fredry. Pisarza chyba nie trzeba przedstawiać, ale dlaczego obelisk znajduje się tutaj? Na przełomie XVIII i XIX wieku Fredrowie, ówcześni właściciele Rabego, założyli tu hutę żelaza. piaskowca. Natomiast kamień upamiętnia pobyt pisarza w pobliskiej wsi Rabe. Znajduje się na nim cytat z pamiętnika Aleksandra Fredry pt. “Trzy po trzy”.



Dojechaliśmy do cywilizacji, więc trzeba uzupełnić zapasy w Baligrodzie, ale po drodze jeszcze jeden pomnik w Łubnem. To pomnik poległych w walkach z bandami UPA w Baligrodzie. Zginęło tu 31 polskich żołnierzy WOP Wojska Ochrony Pogranicza, kawalerzyści z 4. Bałtyckiej Brygady WOP z Koszalina. Poległych pochowano na cmentarzu wojskowym w Baligrodzie, natomiast ku ich czci w latach 60. XX wieku postawiono pomnik. Monument składa się z bloków piaskowca, a znajdujące się na nim wcześniej symbole i tablice były na tyle kontrowersyjne, że zostały zdemontowane. Nowe pojawiły się po uzgodnieniach z IPN.



Prognozy są bezlitosne i na piątek zapowiadają ciągłe opady. Postanawiamy ten dzień przeczekać pod wiatą w Jabłonkach. Choć już chyba pogodziliśmy się ze stratą Parchatki, to nadal ciągnie nas w to miejsce jakiś płomyk nadziei, że stanie się cud. W wiacie jest tradycyjna kuchnia, więc zamierzamy ją wykorzystać i zrobić gulasz wołowy i rosół. Wołowiny brak w sklepie, więc będzie wieprzowy. Pod sklepem spotykamy naszego znajomego z Jabłonek. Przyszedł kiedyś do nas pogadać jak tam staliśmy i się okazało, że wypalał on węgiel drzewny u mojego wujka w Osławicy. Czekał akurat na busa, więc go podwieźliśmy do domu.

Zajechaliśmy pod wiatę już z Wojtkiem, który nas dogonił. Kawka i rozpalanie w kominku i piecu. Kasia szykuje rosół, chyba w głębokiej patelni wyjdzie go więcej niż z ganka, który mamy. Żeliwna płyta długo sie nagrzewa, ale w końcu rosołek zaczyna pyrkać. Wojtek już na niego nie czeka, bo musi jechać dalej. My sobie siedzimy przy kominku i czekamy na zupkę.













Rosół wyszedł magiczny, coś w tym jest, że jak się gotuje na prawdziwym ogniu, to wszystko jakoś lepiej smakuje. Mięsko z rosołu pójdzie na galaretkę, ale czy wszystkie? Nie, z kampera widzę jak ktoś je podjada 😉









Potem już wieczór przy kominku, a w kamperze Prosecco i truskawki, tak bez żadnej okazji 😉 Na ruszcie suszę drewno do kuchni, na jutrzejszy gulasz 😉


Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
