Rano po piątej jak wstałem, nad jeziorkiem była już Ewa ze swoją pociechą. Popatrzyliśmy w świetle wschodzącego słońca na Chryszczatą, która jak by nieśmiało otulała się jesiennymi barwami. No tak idzie jesień. Pogadaliśmy chwile i Ewa wróciła do leśniczówki, a ja do kampera, bo poranek był rześki.







Można powiedzieć, że dzień minął na pracy i doznaniach kulinarnych. Pod nóż poszły wczorajsze grzyby, ale prawdziwki wszystkie robaczywe, nawet te malutkie. Jajecznice uratowały ceglastopore.






Do popołudnia wszyscy dzielnie pracowali, ale potem zrobiło się już bardzo gorąco i z zimnym piwkiem schowaliśmy się cień drzew. Ja w międzyczasie zatroszczyłem się o opał na ognisko, bo w zlewie rozmrażały się skrzydełka na obiadokolacje. Gdy już drzewa rzucały cień na bobrową polankę, zapłonęło ognisko, a na ruszcie wylądowały skrzydełka. Potem jeszcze do zmroku posiedzieliśmy przy ognisku, bo dawno ze względu na upały nie było palone. Teraz już się chce, bo chociaż w dzień gorąco, to już sierpniowe wieczory w górach są chłodne.







Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
