Czy woda mineralna może zabić? No nie, ale może nieźle zaskoczyć. W Grecji na targu kupiliśmy Tsipuro, czyli takie greckie domowe paliwo rakietowe. Było w 5 litrowej bańce, więc je rozlaliśmy w butelki po wodzie mineralnej, by łatwiej je gdzieś wcisnąć w zakamarki kampera. Kasia wczoraj wieczorem jak się kładła, otworzyła sobie nową wodę, by popić leki. Jednak woda okazała się 50% 😉 Przynajmniej szybko usnęła 😉
Rano idziemy się chwile wygrzać w źródłach.




Wracamy do kampera, niestety Kasia jeszcze ma cały dzień pracy. Ja robię spacer do pobliskiego starożytnego miasta Heraklea Sintica.
Heraclea Sintica to starożytne miasto położone w południowo-zachodniej części Bułgarii, niedaleko wsi Rupite, w dolinie rzeki Struma. Ruiny znajdują się u podnóża wygasłego wulkanu Kozhuh, w pobliżu miasta Petrich. Miejsce to jest jednym z najważniejszych stanowisk archeologicznych regionu.
Miasto zostało założone prawdopodobnie w IV w. p.n.e. przez Filip II Macedoński lub jego następców i nazwane na cześć bohatera mitologicznego Herakles. Było ważnym ośrodkiem starożytnego regionu zamieszkanego przez trackie plemię Sintów, od którego pochodzi druga część nazwy miasta.
W okresie hellenistycznym i później w czasach Cesarstwo Rzymskie Heraclea Sintica rozwijała się jako znaczący ośrodek handlowy i administracyjny. Miasto miało typową rzymską infrastrukturę: forum, bazyliki, ulice z kamiennym brukiem oraz rozbudowany system kanalizacyjny.
W IV–VI w. n.e. miasto zaczęło podupadać. Jedną z głównych przyczyn były silne trzęsienia ziemi oraz zmiany polityczne w regionie. Ostatecznie zostało opuszczone około VI w. n.e.
Dziś stanowisko archeologiczne jest ważnym miejscem badań nad historią południowych Bałkanów. Ruiny przyciągają zarówno archeologów, jak i turystów zainteresowanych starożytnością oraz kulturą tracką i rzymską.





















Wróciłem i puściłem na trochę koty. Po jakimś czasie, gdy już się miałem brać za rozpalanie grilla, usłyszałem ujadanie psów. Wyglądam, a psy szczekają na drzewo. Domyślam się co jest grane. Idę tam, a na czubku siedzi Atena a na dole zgraja psów. Pogoniłem agresorów, ale Atena bała się zejść, bo dzida była na sam czubek. Pół godziny kiciania i nic, no jaja będą, jak będzie trzeba wezwać jakąś Straż Pożarną 😉 Wracam do kampera i wymienia mnie Kasia. Po jakiś kolejnych 30 minutach, Atena powoli zaczyna schodzić, uf. Ale przygoda nic ją nie nauczyła, zamiast spieprzać do kampera, to ruszyła w krzaczory na dalszą łazęgę.
W końcu udało się koty spacyfikować i zamknąć w kamperze i mogłam zabrać się za obiad.


Po obiedzie zerwał się jakiś zimny wiatr, więc schowaliśmy się do środka, zresztą i tak byśmy nie siedzieli na słońcu, bo robota nie skończona. Jednak wieczorem Kasia oznajmia sukces, ogarnięte i możemy jutro ruszać dalej.
Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
