Dzień 171 – Problemy z kamperem – Córdoba

Rano w Cabra, jeszcze przed świtem na parkingu, gdzie nocowaliśmy zrobiło się jakiś zamieszanie, zaczęły się zjeżdżać jakieś budy z jedzeniem. Doczytałem, że w sobotę jest tu jakiś targ. Obudziłem Kasię i szybko się zabraliśmy z tego miejsca. Pewnie za chwile już by nas skutecznie obstawili, że byśmy nie wyjechali z parkingu. Hiszpanie parkują tak, że czasami autem osobowym ciężko przejechać, a co dopiero czymś większym. Z jednej strony to dobrze, że był szybki poranek, bo w końcu zapowiadał się w 100% słoneczny dzień. Czekaliśmy na taki już tydzień kręcąc się po miasteczkach wokół Kordoby, by na zwiedzanie miasta mieć ładną pogodę. Ruszamy więc w kierunku Kordoby, a śniadanie zjemy sobie na jakimś parkingu po drodze.

Ledwo wyjechaliśmy z miasta, na tablicy wyskoczył jakiś błąd i silnik wszedł w tryb awaryjny, czyli jazda jak by pod maską było tylko 20 koni. Dobrze, że przynajmniej da się jechać. Sobota, w Hiszpanii nie uświadczysz otwartego warsztatu, by podpiąć się gdzieś pod komputer. A co jeśli zgaszę i już nie zapali? Jedziemy więc do jakiegoś miasteczka ze stellplatzem, gdzie w razie czego będziemy mieli dostęp do wody i zrzutu nieczystości, jak będzie trzeba czekać na jakąś naprawę. Po drodze zastanawiam się, co się mogło stać. Kilka miesięcy temu, jak wjeżdżaliśmy do Hiszpanii, padł nam rozrusznik, wymieniliśmy i było wszystko ok, ale jakiś czas temu znowu zaczęły się problemy. Rozrusznik gdzieś gubił chyba masę i nie za każdym razem kręcił. Tam gdzie miałem dostęp posprawdzałem masę jak i klemy od akumulatora, ale nie pomogło. Może to wywaliło jakiś błąd, a może wilgoć, bo od tygodnia padało. Dojechaliśmy na miejsce, wyłączyłem silnik i próba ponownego odpalenia, zapalił ale nadal w trybie awaryjnym. No cóż dpinam akumulator, niech się komputer zresetuje. W tym czasie ogarniamy śniadanie. Po śniadaniu kolejna próba, zapalił, ale kontrolka się świeci, ale wyłączył się tryb awaryjny. No dobra, to jedziemy dalej do Kordoby, bo tu i tak do poniedziałku nic nie zdziałamy. W Kordobie wbijamy na niezbyt tani parking dla kamperów, ale za to przy samych murach starówki. Wyłączam silnik, ustawiam kliny poziomujące, bo parking jest pochyły i odpalam silnik by na nie wjechać. Błąd się skasował i już kontrolka nawet się nie pali. Trochę ulżyło, zobaczymy co będzie jutro.

Ruszamy na miasto. Kordoba jest przepiękna, nie będę tu opisywał jej zabytków, bo jest tego za dużo. Słonko pięknie świeci, ale to sobota, więc miasto zapełnia się turystami błyskawicznie, do głównych atrakcji wielkie kolejki, a na najbardziej popularnych uliczkach trzeba się przeciskać. Knajpy pełne ludzi, a kto był w Hiszpanii, ten wie jak tu jest głośno. Hiszpanie mają donośne głosy, a w restauracjach jeszcze się przekrzykują. Udaje nam się jednak co jakiś czas znaleźć knajpkę na uboczu, gdzie można w spokoju napić się piwa 😉 10 km przedreptanych uliczek i jesteśmy już trochę zmęczeni, wracamy do kampera coś zjeść i odpocząć.

Wypoczęci wracamy na stare miasto. Plan jest, by jeszcze połazić a wieczorem wbić do jakiejś knajpy z Flamenco. Okazuje się, że tu straszna komercha. Liczyliśmy, że znajdziemy coś, gdzie będzie można posiedzieć przy muzyce na żywo, a tu albo bilety, albo trzeba zamówić menu za 20€ na głowę. Szybki pokaz i następni. Połaziliśmy więc do zmroku, zaliczając bardzie spokojne knajpki, bo te w samym centrum były wypełnione po brzegi. Space starówką już po zmroku i wykończeni wracamy do kampera. Dziś zrobione prawie 20 km, więc dosyć ostro jak na kaszlącą młodzież 😉

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.