To już drugi poranek z przymrozkiem, ale od jutra już ocieplenie, a i kierunek bardziej południowy, więc będzie już tylko lepiej.

To była najgorsza chwila, czyli po tygodniu czekania na Parchatkę podjęliśmy trudną decyzję, że kończymy poszukiwania i czekanie. Choć już od jakiegoś czasu próbowaliśmy się pogodzić z tym, że straciliśmy naszą ukochaną kotkę podróżniczkę, to ten moment był bardzo przykry i trudny. Tli się jeszcze jakiś płomyk nadziei, że może gdzieś z kimś odjechała, ma czipa, może jakimś cudem się odnajdzie, ale czekanie na nią w Jabłonkach nie ma już sensu. Zresztą cała wieś ma ją na uwadze i gdyby jakimś cudem się pojawiła, to na pewno dostaniemy informację. Pod wiatą zostawiliśmy ogłoszenie z kontaktem, jej wyprawkę na wypadek gdyby się pojawiła, by dobra dusza mogła się nią zaopiekować do naszego przyjazdu. To był trudny moment, widok jej legowiska, miseczek i kuwety, kiedy opuszczaliśmy to miejsce. 🙁

Żegnaj Parchatko 🙁 Kasia i ja, mieliśmy przez całe życie dużo kotów, były kochane i fajne, ale Parchatka była wyjątkowa, niesamowicie kontaktowa, czasami zachowywała się bardziej jak pies nie kot. Zwiedziła z nami pół Europy, była w 13 państwach. Będzie jej nam bardzo brakowało, ale musimy jakoś żyć dalej 🙁

Popłakaliśmy i ruszyliśmy jeszcze w kilka miejsc w Bieszczadach by poczynić ostatnie ustalenia na zlot Grupy Biwakowej.

Przed granicą słowacką uzupełniliśmy zapasy wody w źródełku radoszyckim i za chwilę przywitała nas Słowacja.








Kierunek Medzilaborce, po drodze trochę pamiątek przyjaźni słowacko-radzieckiej. U nas już takie artefakty zostały zburzone i poszły w zapomnienie. We wschodniej Słowacji jest ich całkiem sporo.





Medzilaborce, tutaj zakupy, słowackie i czeskie piwo, oraz ulubione słodyczy i rohliky. Muzeum Andy Warhol Museum of Modern Art w rozbudowie, więc jak otworzy się ponownie będzie trzeba zobaczyć co się zmieniło. Niezmiennie błyszczą się natomiast kopuły cerkwi.


Teraz towarzyszą nam Bukovské vrchy, czyli słowackie Bieszczady. Jedziemy do wioski Osadné zobaczyć tutejszą kryptę czaszek. W końcu też klimaty za którymi tęskniliśmy, czyli wiejska hospudka. Kasia zamawia czopowanego Sarisa, a ja niestety Kofolę z kija. Nawet był pomysł już tu zostać na noc, bo piwko dobre i za 1,5 € a nie za 4€ jak na zachodzie 🙂 Można też pogadać z tubylcami w podobnym języku. W hospudce mieści się też mini muzeum z artefaktami z I i II wojny światowej.

















Dzień zakończyliśmy w wiosce Pčoliné. Miejscówka z bardzo stonowanym i spokojnym towarzystwem. Ciemny Saris i Svijany, to jest to.










Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
