Wczorajszy telefon okazał się alarmem fałszywym. Starsza kobicina chciała dobrze, ale to nie była Parchatka, tylko miejscowy, bardziej rudy niż brązowy kot. Zresztą zinwentaryzowaliśmy już wszystkie koty w Jabłonkach.
Poranek w Bieszczadach był mroźny, a łąki pokrył szron. Opuściliśmy stanowisko przy kościele i wróciliśmy pod wiatę.




Nawet za bardzo nie mamy apetytu, wiec zamiast obiadu, otworzyliśmy jakiś słoik mięsiwem. Kasia przygotowała na wyjazd śledzie w oleju, bo jakoś tak za nami chodzą. Też dla zajęcia rąk i umysłu. Ale nie da się nie myśleć. Przetrząsamy kolejny raz okoliczne lasy i krzaki, bardziej już w poszukiwaniu martwej Parchatki, ale bez rezultatu. Musimy się niestety pogodzić, że ją straciliśmy. Jutro minie tydzień odkąd zaginęła i ją szukamy. Dalsze oczekiwanie nie ma już sensu, tym bardziej, że jesteśmy w takim miejscu, że prawdopodobnie padła łupem jakiegoś drapieżnika. Jutro postanawiamy z ciężkim sercem opuścić to feralne miejsce 🙁


Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
