Rano opuściliśmy Przystań Caryńską i pojechaliśmy po tylu dniach uzupełnić zapasy. Miały być dziś drezyny rowerowe, ale dziewczyny jeszcze wczoraj tak porządziły, że nie chcieliśmy ich mordować pedałowaniem.

Zapadła więc decyzja, że zrobimy objazdówkę po tzw Pętli Bieszczadzkiej. Dla niektórych to pierwsza wizyta w Bieszczadach. Czasu mało, więc taka szybka wycieczka, by chociaż przez szybę zobaczyć jak sie prezentują te góry. Ale przy kilku atrakcjach zrobiliśmy też przystanki, na tyle na ile czas pozwalał.
Pierwszy był przy cerkwi w Równi. Świątynia powstała około połowy XVIII w. (ok. 1752 r.), wybudowana przez społeczność lokalną jako cerkiew greckokatolicka filialna parafii z Ustianowej. Po wysiedleniu mieszkańców (akcja „Wisła”) w 1951 r. została opuszczona i pełniła funkcję magazynu rolniczego. W latach 60. zaczęto tu potajemnie odprawiać msze rzymskokatolickie; formalnie przejęto świątynię na cele katolickie w 1972 r., a remont przeprowadzono w 1975 r. Świątynia reprezentuje typ bojkowski: konstrukcja zrębowa z drewnianych bali, orientowana – prezbiterium skierowane na wschód. Oryginalny ikonostas z XVII w. wraz z ikonami i chorągwiami przeniesiono do Muzeum–Zamku w Łańcucie.



Kolejny przystanek zrobiliśmy na punkcie widokowym nad Lutowiskami. Rozpościera się tu panorama na najwyższe partie Bieszczadów.






Kolejną cerkwią była kolejna drewniana perełka w Smolniku. Nie będę już jej opisywał, bo robiłem to kilka wpisów wcześniej




Kolejny punkt to Wodospad Szepit na potoku Hylaty. Jego wysokość to około 8 metrów, co czyni go największym naturalnym wodospadem w Bieszczadach. Woda spływa tu po kilku skalnych progach, tworząc malowniczą kaskadę. Do wodospadu trzeba dojść pieszo, gdyż na leśnej drodze prowadzącej do niego jest zakaz ruchu. Wykorzystałem wiec przepustkę na drogi leśne i zabrałem na pokład dwie osoby, które mają problem z chodzeniem. Piechurów zachęcaliśmy zimnym winem na finiszu 😉

















Na obiad zajechaliśmy do Zajazdu pod Caryńską w Ustrzykach Górnych. Jedzonko było wyśmienite i najedzeni mogliśmy ruszyć dalej.





Na biwak zajechaliśmy do Jabłonek. Wszyscy mieli nadzieję, że przyjdzie Hektor, czyli nasz zaprzyjaźniony niedźwiedź, ale nas olał i nie przyszedł. Być może był jak spaliśmy?










Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
