Rano w końcu się rozpogodziło i wyszło słońce. Odsłonił się też zaśnieżony Olimp.








Zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę i stwierdziliśmy, że jednak przebazujemy się kilka kilometrów na północ, na bardziej dziką plażę, żeby można było wpuścić koty, Tutaj sporo psów latających luzem. Odezwał się nas klient, że jednak ta skrzynia, co ją ma w garażu jest od innego silnika niż nasz, ale powiedział, że będzie jeszcze szukał.




Mamy tu w sąsiedztwie Salt Pans of Pydna, to obszar dawnych warzelni soli położony u wybrzeży Zatoki Termajskiej. Saliny w Pydnie stanowią rozległy kompleks płytkich basenów i kanałów używanych do tradycyjnej produkcji soli morskiej. Proces polegał na kierowaniu wody morskiej do systemu odparowujących zbiorników, w których – dzięki intensywnemu słońcu i wiatrom – woda stopniowo parowała, pozostawiając krystaliczną sól. Obszar ten ma zarówno znaczenie gospodarcze, jak i przyrodnicze. Współcześnie część dawnych solanek pełni funkcję ważnego siedliska dla ptaków wędrownych, szczególnie w okresach lęgowych i migracyjnych. Można tam spotkać m.in. flamingi, czaple, kormorany i wiele gatunków brodzących.






Koty się trochę w końcu wylatały i zadowolone wróciły do kampera, by resztę dnia przeleżeć, wpatrując się morze.










Prawie już święta, to można napić się grzanego wina 🙂

Trzeba się trochę odstresować, a czasu będzie teraz dużo, więc wróciłem do sklejania czołgu. Do tej pory prace szły opornie, bo dużo zwiedzaliśmy, potem trzeba było to opisać, popracować i dzień uciekał. Trochę ciężko to robić, bo za dużo pomagierów 😉


Tak sobie kleiłem i nagle dzwoni telefon. Sympatyczny człowiek, na początku zaznacza, że nie sprzedaje fotowoltaiki 😉 tylko chce nam pomóc w naszej sytuacji. Grzegorz prawie mieszka w Grecji i ma tu dużo kontaktów. Jak to stwierdził – w lepszym miejscu nie mógł wam się popsuć samochód. Okazało się, że obok naszego wczorajszego biwaku mieszka jego grecko-polski przyjaciel i zaraz nas z nim skontaktuje, a on nam pomoże. Dał też namiar na człowieka, który jeździ busem wahadłowo z Aten do Polski i nam ogarnie transport skrzyni. Dzwonimy do Hristosa i dostajemy zaproszenie na jego parking, gdzie będziemy mogli skorzystać z toalety i podpiąć się do prądu, na czas oczekiwania na skrzynie. W poniedziałek zawiezie nas do swojego mechanika, by obgadać wymianę i jakie to będą koszty. Już tylko potrzebujemy skrzynię. Grzesiu nasz mechanik z Wrocławia zaczyna szukać. Okazuje się, że pod tym VINem były montowane różne rodzaje i muszę odszukać numer skrzyni. Nurkuje pod kampera, ale tam gdzie jest numer, nie wchodzi mi głowa, robię zdjęcie telefonem i już wiem jaki mam model skrzyni. Dobrze, bo była by kiszka jak by przyszła nie ta co trzeba. Jak by szczęścia było mało, pisze jeszcze do nas Polka, która też tu mieszka w okolicy i oferuje pomoc.
Można powiedzieć, że dzisiejszy dzień był szczęśliwy w tym całym nieszczęściu, i pomoc dwóch Grześków okazała się zbawienna. Musimy jeszcze poczekać do poniedziałku i działać z zakupem skrzyni.
Teraz pozostaje nam patrzenie w morze i zachodzące słońce 🙂





Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
