Ostatni poranek w Beskidzie Sądeckim w gościnie u rodziny. Nawet przyszły się pożegnać sarny, Gutek i paź żeglarz 😉 Rodzina oczywiście nie chciała nas tak łatwo wypuścić, bo święta, zostańcie, ale zew cygański był silniejszy i dupki już swędziały.





Opóźnienie z kamperem, z drugą lodówką i zakupy na święta jak te trolle supermarketowe robiliśmy godzinę przed zamknięciem sklepów. Ale dwie lodówy zapełnione, można na święta zaszyć się gdzieś w bieszczadzkiej głuszy. Po drodze jeszcze pierwsze tankowanie gazbanku, wszystko dobrze i szczelnie podłączone, więc od teraz nie będzie problemów z uzupełnianiem gazu.
Obieramy więc ten kierunek. Jedzie się słabo, bo po wioskach i miasteczkach święcą koszyczki, więc ruch lokalny duży, do tego niedzielni kierowcy, którzy po bożym narodzeniu wietrzą swoje hiundaje i kije 😉 W Bieszczady docieramy koło szesnastej. Plan był na Dolinę Sanu, dokładnie Zatwarnicę, ale po drodze zajechaliśmy w Jabłonkach do wiaty Nadleśnictwa Baligród. Nie ma nikogo, fajnie zostajemy, bo głębiej w górach miejscówki mogą być już bardziej oblegane.
Po zakupach, remontach i przeróbkach wszystko wrzucone byle jak do kampera, więc musimy go trochę odgruzować i porozmieszczać zakupy. Ale tylko tak by dało się funkcjonować, generalne porządki zostawiamy na jutro, czyli pierwszy dzień świąt. Jezus pewnie w Bieszczady ma daleko i nie będzie sprawdzał, czy okna czyste i bez smug.
Kamper ogarnięty tyle o ile, można łapać ostatnie promienie słońca, a potem odpalać ognisko. Dziś na obiadokolację hot dogi bieszczadzkie. Posiedzieliśmy trochę przy ognisku, ale zmęczenie dało znać o sobie i dosyć szybko schowaliśmy się do kampera i poszliśmy spać.
















Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
