Nowy Rok przywitał nas pięknym słonkiem, ale i chłodem. Nad Grecję sięgnęło arktyczne powietrze z północy i nawet niektóre wyspy Morza Egejskiego przyprószył śnieg. Od jutra ma się ocieplać a od weekendu powinno być już 20 stopni.

Jeszcze wczoraj był plan, że się stąd zbieramy i jedziemy do wioski Limni, ale rano wpadł nam do głowy inny pomysł. Zostaniemy sobie tu jeszcze jeden dzień i zrobimy sobie pieszą wycieczkę do Monasteru Saint Nicholas Galataki, który leży malowniczo na tutejszych wzgórzach. Mamy tam jakieś 4 kilometry, więc w sumie 8. Przyda się w końcu jakiś dłuższy spacer. Wyruszamy po śniadaniu i porannej kawie, zaglądamy do pobliskiej kaplicy, ale jest zamknięta, więc maszerujemy wzdłuż Plaży Galataki, by po około 3 kilometrach zacząć się piąć do góry.

























Docieramy w końcu do klasztoru, który nie jest udostępniony do zwiedzania. Oglądamy sobie więc warowną budowlę z zewnątrz. Klasztor został założony w średniowieczu, a jego historia sięga co najmniej X wieku, choć obecne zabudowania pochodzą głównie z późniejszych okresów, w tym z XVI i XVII wieku. Centralnym punktem kompleksu jest katolikon, czyli główna świątynia, poświęcona św. Mikołajowi Cudotwórcy. Wnętrze zdobią tradycyjne bizantyjskie freski oraz ikonostas o dużej wartości artystycznej i religijnej. Monastyr Galataki był wielokrotnie niszczony i odbudowywany, m.in. w czasie panowania osmańskiego, jednak nieprzerwanie pozostawał miejscem kultu.



















To teraz został nam jeszcze powrót. Z powrotem wróciliśmy ciut inną trasą, stara zniszczoną drogą, która kiedyś prowadziła do klasztoru, a dziś nie jest już użytkowana i przejezdna. Przejść czasami też był problem, ale daliśmy radę. Na totalnym odludzi, pod jednym z krzewów natrafiliśmy na kilka lalek, wyglądało to bardzo dziwnie. Autem nie da się tu dojechać, więc nie są to wyrzucone niepotrzebne zabawki. Były dosyć czyste, więc nie leżą tu zbyt długo. Skąd się tu wzięły i po co? Zostanie tajemnicą.



















Po powrocie przyszła pora na koty, im tez się należy noworoczny spacer.




Przed obiadem trzeba trochę rozprostować kości po wycieczce 😉

A na obiad dziś pomidorowa, mamy jeszcze śmietanę z polskiego sklepu, więc trzeba ją wykorzystać, a pomidorowa bez śmietany nie przejdzie. Drugiego dania nie będzie, najwyżej jeszcze wieczorem coś podjemy.

Słonko jeszcze świeci, ale jak to w grudniu, dzień szybko się kończy. Dziś przynajmniej mamy zachód słońca.






Pozostaje nam miły wieczór w kamperze 🙂


Jeszcze dzisiejsze łowy botaniczne. Dziś Mirt zwyczajny (Myrtus communis). Zimozielony krzew lub niewielkie drzewko należące do rodziny mirtowatych (Myrtaceae). Naturalnie występuje w rejonie basenu Morza Śródziemnego, gdzie jest charakterystycznym elementem roślinności typu makia. Roślina osiąga zazwyczaj wysokość od 1 do 3 metrów. Pędy są gęsto ulistnione, a liście drobne, skórzaste, lancetowate, ciemnozielone i błyszczące. Po roztarciu wydzielają intensywny, przyjemny aromat, wynikający z obecności olejków eterycznych. Kwiaty mirtu są pojedyncze, białe lub kremowe, o delikatnych płatkach i licznych, długich pręcikach. Kwitnienie przypada zwykle na okres od późnej wiosny do lata. Kwiaty są miododajne i silnie pachnące. Owocem jest kulista, ciemnoniebieska lub czarna jagoda, zawierająca kilka nasion. Mirt zwyczajny od wieków ma znaczenie symboliczne i użytkowe. W starożytności był symbolem czystości, miłości i nieśmiertelności, poświęconym bogini Afrodycie. Obecnie znajduje zastosowanie jako roślina ozdobna, przyprawowa i lecznicza. Liście i owoce wykorzystywane są do produkcji olejków eterycznych, likierów (np. mirto na Sardynii) oraz w fitoterapii, głównie ze względu na właściwości antyseptyczne i ściągające.








Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
