Tak jak postanowiliśmy dzień wcześniej, zostaliśmy na miejscu z zamiarem odpoczynku. Rano jajecznica na cebulce.

Po śniadaniu kawka, Kasia książka w garść, to odpoczywamy słuchając głosu fal. Nagle na szlaku koło naszego kampera zaczęli pojawiać się ludzie w jednakowych koszulkach. Po chwili już wiedzieliśmy, że to jakiś rajd terenowy akurat tędy przebiega. Może by nam i to nie przeszkadzało, ale we Francji nie zaginął jak w Polsce zwyczaj pozdrawiania się i mówienia sobie dzień dobry. Zawodników było grubo pomad 1000 a ostatni przeszedł obok nas koło 13stej. Niestety każdy z nich mówił do nas bonjour, a nam nie wypadało nie odpowiadać. Jeszcze przed południem otworzyliśmy bretoński cydr, bo już nam w ustach zaschło od bonjour i bonjour.
Mówili nam przez pół dnia że dobry polski żurek, więc trzeba było pomyśleć o obiedzie. Nie planowaliśmy dwudniowego postoju, więc i zakupy nie były na taką okoliczność robione. na szczęście w zamrażarce była porcja schabu na kotlety, więc na obiad nie był jednak bonżur.

Rajd zanikł, a Kasia mogła w końcu poczytać spokojnie książkę. Ja natomiast wybrałem się do kolejnego domku celników na sąsiednim klifie.










I w sumie dzień nam minął na nic nierobieniu. Był jednak potrzebny, bo czuliśmy już ogólne zmęczenie. Niby to przyjemność codziennie coś zwiedzać, za długo też tego nie robimy, byśmy mieli chwilę na odpoczynek i pracę, ale mimo wszystko to już prawie 100 dni tułaczki. Więc dzień luzu dobrze nam zrobił.
Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
