Rano zrobiłem trochę zdjęć naszego wczorajszego biwaku, bo wczorajsze się straciły. W sumie to mieliśmy ochotę jeszcze trochę tu zostać, ale skończyła nam się woda pitna i musieliśmy zaliczyć sklep.





















W mieście zrobiliśmy zakupy spożywcze, kupiliśmy kolejną pułapkę na myszy, bo nadal nie udało nam się pozbyć gryzonia, który zaczyna robić szkody. Wczoraj przegryzła kabelek od zewnętrznego termometru. Gorzej jak pogryzie jakieś kable samochodowe i nas unieruchomi. Codziennie wieczorem zakładamy dwie pułapki, z jednej ściąga żarło, bo jest mniej czuła, a tej bardziej czułej nie rusza. Dziś zastosujemy lep na myszy.
Dziś nie mieliśmy w planach zwiedzania, udaliśmy się prosto na biwak. Kasia chciała zakończyć księgowanie, bo dziś 20-sty i trochę odpocząć na słońcu. Jak się później okazało, co miały pójść szybko zajęły cały dzień.


Zatrzymaliśmy się dziś w Kawarnie, a raczej jej nadmorskim przysiółku. Za zabudowaniami znaleźliśmy spokojne miejsce.





Kasia tak naprawdę na zewnątrz wypiła tylko kawę, bo potem pracowała. Zwabiliśmy chyba wszystkie koty z okolicy, więc była akcja dokarmianie. Jedna kotka strasznie się przymilała, pchała na kolana, ale na razie jesteśmy twardzi i nie zabieramy żadnych kotów. Zresztą tutaj co chwila spotykamy bezdomne koty, których żal i człowiek chciałby wszystkie zabrać.











Kasia księgowała, a ja poszedłem na mały rekonesans do tutejszego małego portu i molo.













Nabrzeże mola opanowały ogromne meduzy, podobne widzieliśmy na plaży w Rumunii, ale tutaj to wielkie potwory i to pływające w głębokiej wodzie.










Potem już ładny koniec dnia i to z miarę fajnym zachodem, bo jesteśmy jakby na półwyspie i słońce nie zachodzi gdzieś z tyłu nad lądem, choć w morzu też się nie skryło, ale trochę dało blask na wodę.
















Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
