Skoro psi los rzucił nas do Przemyśla, to przy okazji zrobiliśmy sobie spacer po tym uroczym mieście. Widać, że miasto żyje, dużo fajnych knajpek, młodzież na ulicach, szkoda, że wczoraj wieczorem nie wyszliśmy na miasto, ale po 13 godzinach jazdy padliśmy jak betki. Jedyne co kłuje w oczy w tym mieście, to przepych kościelny, prawie połowa zabudowań starego miasta należy do kościoła, wszystkie wymuskane i odnowione, jak by wczoraj je postawiono. Fajnie, tylko, szkoda że z pieniędzy podatników, a nie wiernych. Co chwila tablice informujące, że sfinansowano z pieniędzy MSWiA? Tak, nie z ministerstwa kultury, tylko z takiego, co z religia nie ma nic wspólnego. Kwoty powalają, ale bardziej wkład własny kościoła np. przy finansowaniu 3 800 000 zł, kościół wyłożył aż 70 000 zł. Ciekawe ile szkół, przedszkoli, czy żłobków mżna by wybudować za pieniądze wpompowane w infrastrukturę kościoła w mieście.

























































Mieliśmy zamiar pokręcić się jeszcze w okolicach Przemyśla, ale ciągle gdzieś tam z tyłu głowy tli się nadzieja, że może jednak Parchatka żyje, może się gdzieś tuła w miejscu zaginięcia. Więc wracamy w Bieszczady, by postać chociaż dwa dni, w miejscu, gdzie kocinka zaginęła. Po drodze zakupy na kilka dni, paliwo i wjeżdżamy w głąb gór. Nagle niespodziana. Na drodze pomiędzy Łopienką a Bukiem urzęduje młody niedźwiedź. Kasia łapie za telefon, by zrobić fotkę, ale misiek się wystraszył i dwoma susłami wskoczył w zarośla i tyle go widzieliśmy. Chociaż w Bieszczadach żyje ich bardzo dużo, to nie tak łatwo zobaczyć je na żywo. Tropy zdarzają się często, ale bieszczadzkie niedźwiedzie raczej unikają ludzi, schodzą im z drogi.
Dojechaliśmy do Jabłonek, przy wiacie jacyś ludzie osobówka. Jak odjeżdżaliśmy stąd przed majówką, zostawiliśmy pod wiatą ogłoszenie o zaginięciu, domek-legowisko Parchatki, kuwetę, miseczki z jedzeniem, nawet żwirek i dwie łopatki do czyszczenia kuwety. Domek już ktoś ukradł, zniknęły dwie miseczki a nawet jedna łopatka. Żwirek już był naszykowany do zabrania, przez ludzi których tu trafiliśmy, chyba się wystraszyli i odstawili żwirek na swoje miejsce. Czy to oni zabrali jej domek? Za rękę nie załapaliśmy, ale jak to oni, to mam nadzieję, że karma do nich wróci. Po naszym przybyciu jakoś bardzo szybko się zawinęli i odjechali.
Ciężko było przyjechać w to miejsce, tłumaczymy sobie, że to już nie realne, by się odnalazła, ale mimo to gdzieś nikła nadzieja pozostaje. Po jakimś czasie przyjechał Grzesiek, archeolog, który zajmuje się odszukiwaniem i porządkowaniem cmentarzy z I wojny światowej. Poznaliśmy go tutaj jeszcze przed majówką, okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych. Grzesiek kręci się już tu dosyć długo i często tu wpadał, zobaczyć, czy Parchatka się nie pojawiła. Gdy był tu ostatni raz kilka dni temu, to legowisko jeszcze było, ale kota nie widział.
Przegadaliśmy przy kominku cały wieczór, bo upały w Bieszczadach zelżały. Dla kota zostawiliśmy na noc otwarte jej okienko wejściowe do kampera i poszliśmy spać z nadzieją, że może pojawi się w nocy.







Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
