Raniutko jedziemy do Wrocławia, bo Kasia ma po ósmej badania. Człowiek tu tyle nie był, więc nie jest na bieżąco z tym co się dzieje. Omijamy naszymi skrótami korki, ale na ostatniej prostej zamknięta droga, bo remont. Docieramy w końcu na nasze osiedle, gdzie chcemy zostawić kampera. Na szczęście ludzie już ruszają do pracy i jest miejsce by zaparkować. Lecimy na tramwaj, a tam kolejna niespodzianka, remont torowiska i tramwaje nie kursują. Jest autobus zastępczy, ale trzeba się na kolejnej pętli przesiąść. Dosłownie na styk wpadamy do przychodni. Pierwszy punkt naszego pobytu we Wrocławiu odhaczony. Głodni, bo Kasia musiała być na czczo idziemy do Sky Tower coś zjeść.

Wracamy na osiedle po kampera. Zostawiamy w piwnicy jakieś niepotrzebne drobiazgi, a uzupełniamy zapasy ogórków kiszonych i marnowanych grzybków. Jedziemy na chwilę na Bielany Wrocławskie połazić po sklepach, ale finalnie nic nie kupujemy i wracamy do Kątów Wrocławskich na naszą miejscówkę nad stawem. Zostało jeszcze sporo dnia, to robimy małe porządki i reorganizację skrzynek. Powoli nad ranem włącza się już ogrzewanie, więc musimy zapasy spożywcze przenieść w inne miejsce, by ciepłe powietrze w nie nie dmuchało.




Jutro rano byliśmy umówieni do mechanika na wymianę turbosprężarki, która daje już oznaki zużycia. Dzwoni Grzesiek, że będzie dopiero o 14stej, więc nie ma sensu, żebym przyjeżdżał tak późno i byśmy spali pod warsztatem. Akcję Turbo przekładamy na środę rano. Nawet dobrze, bo Kasia jutro ma kolejnego lekarza i nie będzie musiała się przemieszczać Uberem. Lekarz na 14:00 wiec jedziemy jutro na większe zakupy a potem do lekarza, a tym czasem trzeba coś zjeść. Nastawiona wcześniej pieczonka już gotowa.

Po obiedzie sjesta. Coraz szybciej kończy się dzień więc, nie szkoda się schować do kampera i trochę popracować.


Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
