Sierra de Urbasa, czyli górzysty płaskowyż położony na zachodzie Nawarry zapewnił nam dziś sporo atrakcji. Dzień rozpoczęliśmy od wycieczki do rezerwatu przyrody Nacedero del Urederra. Przed nami jakieś 8 km marszu. Mijamy wioskę Baquedano i schodzimy do wąwozu, na końcu którego swoje źródło ma rzeka Urederra. Źródło to znajduje się na wysokości 630 m n.p.m., na dużej wapiennej ścianie zwanej także balkonem Pilatosa. Szlak prowadzi nas licznymi wodospadami i kaskadami, przy których zrobiono tarasy widokowe. Jednak samego źródła nie da się zobaczyć, dojście do niego jest zamknięte, a za złamanie zakazu wejścia grozi kara 600 €. Sam wąwóz i szlak też ma ograniczenia, gdyż jest to niezwykle delikatny ekosystem i dlatego dostęp do niego jest ograniczony do 500 osób dziennie. Na szlak wyruszamy dosyć rano, kiedy większość Hiszpanów jeszcze śpi, dlatego na trasie spotykamy tylko kilka osób, gdy już wracamy walą tu tłumy, bo 1 listopada, jest też dniem wolnym od pracy w Hiszpanii.























































Koło południa ruszyliśmy na północ w kierunku Oceanu. Do pokonania mieliśmy kilka pasm górskich widokowymi i tak zakręconymi trasami, że na zakrętach widziałem w lusterku rowery na bagażniku 😉 Najbardziej widokowy był zjazd z masywu Sierra de Urbasa.



















Dzień zakończyliśmy w miasteczku Azpeitia, 23 km od wybrzeża. Jest tu fajny darmowy parking dla kamperów i wielka piknikowa łąka. Co ciekawe jest tu też bezpłatna myjnia dla samochodów, więc nie omieszkałem odświeżyć naszego kampera. Po południu termometr pokazał 32 stopnie, więc cieszyliśmy się listopadowym słońcem. Pyszny obiadek i relax.









Czas umilił nam trochę dziwny redyk, prowadzony przez auto terenowe. Owce posłusznie maszerowały za samochodem, przez nikogo nie pilnowane i poganiane.






Wieczór popsuli nam dobrzy znajomi, którzy się za nami stęsknili i chcieli pogadać 😉 Z tym psuciem oczywiście żartuje. Miło było się zobaczyć i powspominać dobre czasy. Mija 37 dzień i do tej pory nie spotkaliśmy tu Polaków (nie licząc sympatycznego Jerzego, którego spotkaliśmy przed Pampeluną, ale on tu mieszka) dlatego gadaliśmy kilka godzin, żeby nie zapomnieć polskiego 😉

Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
