Znajomi na październikowych targach w Poznaniu zakupili nowego kampera. Czekali na niego kilka miesięcy, aż w końcu odebrali swój nowy domek na kółkach. Wiadomo, że taki nabytek trzeba oblać, żeby był szczelny, albo się nie popsuł gdzieś pod Nordkapp ;).
Nasz był oblany, a mimo to spędził ostatni tydzień na warsztacie i pożarł 12 000 zł. Przy okazji wymiany pasków, rolek, rozrządu, pompy wody kazałem sprawdzić wtryski, bo miały już 230 000 km nalotu. Okazało się, że są do wymiany. Na szczęście nie lały, więc silnik nie ucierpiał, ale było na odwrót, podawały za mało paliwa, a cewki były już bardzo słabe. Do tych wtrysków już nie idzie kupić nowych cewek, więc regeneracja możliwa była tylko na cewkach używanych, co nie miało sensu. Pozostały 3 opcje, zakup regenerowanych, nowych zamienników i nowych oryginałów. Może gdybyśmy jeździli tylko po Polsce, to warto by było przyoszczędzić, ale awarie gdzieś w drugim końcu Europy są uciążliwe i kosztowne. Zdecydowaliśmy się więc na oryginały po 1500 zł za sztukę :(.
Rozrząd w naszym silniku jest na łańcuchu i teoretycznie powinien wytrzymać dłużej, ale nie wytrzymał. Łańcuch się trochę wyciągnął i haratał górny ślizg. Informując nas o tym na północy Danii, na szczęście bez niespodzianek dokończyliśmy grudniowy wyjazd. Innym objawem były grające zawory, na początku myślałem, że trafiło się gorsze paliwo, ale to był już objaw albo zużytego rozrządu, albo wtrysków. Jak część silnika rozebrana, to i wymiana zwykłych pasków, rolek i pompy wody. Rozrząd też cały czyli łańcuch, ślizgi, koła, popychacze i klawiatura, która miała już straszne luzy.
Rano odebrałem autko i od razu szok, inny samochód. Nawet na zimnym silniku przy mocniejszym wciśnięciu gazu zaworów nie słychać, silnik chodzi dużo ciszej, zwiększyła się dynamika, a spalanie spadło prawie o litr. Przy okazji była też sprawdzona kompresja, test wypadł super, podobnie jak EGR, który jest czyściutki i pracuje bez zarzutu.
Wróciłem do domu z zamiarem, że dziś posprzątam kampera przed wyjazdem do znajomych. Ale tak się nie stało, bo Kasia rzuciła hasło, a może byśmy dziś już pojechali na jakiś biwak. Dwa razy nie musiała tego powtarzać. Szybkie zakupy, okazało się, że w promocji są fajne łososie, ale by smakowały wędzone pomyślałem i wylądowały w koszyku. Potem szybkie pakowanie kampera i o 14 byliśmy już na obwodnicy Wrocławia.

Na biwak wybrałem Zalew Stradomia Wierzchnia, żeby mieć już blisko na jutrzejszą imprezę koło Kępna. Prognozy pokazywały, że po południu miało pokazać się słońce, ale gdy zajechaliśmy nad zalew, było mgliście, ale na tyle ciepło, że można było siedzieć na zewnątrz. Przy ognisku byłoby jeszcze przyjemniej, więc ruszyła akcja opał. Teraz, gdzie się nie pojedzie, to wszędzie w lasach jest wielkie rżnięcie, więc opału pod dostatkiem. Niestety wszystko świeże i mokre, więc ognisku dupy nie urywa. Po zmroku robi się straszna wilgoć, więc uciekamy do ciepłego kampera. Nawet Parchatka wylatana, grzała już dupkę w środku i nie miała już ochoty penetrować pobliskich chaszczy.




W między czasie zrobiłem przymiarkę kufra, który zakupiliśmy na nasze kilkumiesięczne wojaże, bo mieć dodatkową przestrzeń bagażową. Niby pasuje fajnie, ale jest ciut za wysoki, żeby swobodnie manewrować stolikami musiałem je podnieść wyżej, do pozycji mniej wygodnej. Zastanawiamy się jeszcze czy tak zostawić, czy jednak damy w to miejsce trzy niższe skrzynki.


Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

No to 12 tyś. nie brzmi źle w perspektywie potencjalnej naprawy za granicą. Jedni znajomi wydali ok. 40 tyś, gdy silnik im padł za granicą…
Szerokości i do zobaczenia 🙂
Dzięki, mamy nadzieję, że obędzie się bez przykrych niespodzianek.