Kierunek Francja dzień 46 – wieprzowe członki z grilla?

Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, na miejscu, do którego wczoraj dotarliśmy, postanowiliśmy zostać na dwa dni. Zaopatrzenie zrobione, to na grilla również. Rano na śniadanie boczuś skwierczący na węglu drzewnym, do tego piwko, ech będzie fajny dzień.

Po śniadaniu druga kawa i rozważanie co dalej. 46 dzień jest zajebiście i wszystko zagrało jak należy. Trzeba pomyśleć w takim razie o wynajęciu mieszkania. Szkoda płacić czynsz i inne opłaty, nie mieszkać i nie zarabiać, a dokładać. Podjęliśmy decyzję, że po powrocie z Francji szykujemy mieszkanie na wynajem, zawsze to podreperuje budżet wyjazdowy. Sprzedamy też naszego Dusterka, szkoda, żeby stał pod blokiem. Tak dumając i snując najbliższe plany dopiliśmy kawę i wypadało trochę popracować. Fakturki już spływają, więc jest co robić.

Zarośliśmy już trochę jak dziki agrest, więc trzeba było uruchomić zakład fryzjerski. Ja już fryzury na zero przerabiałem, to najprostszy sposób strzyżenia i czesania. Ale jak się ścinam na zero, to wyglądam jak kartofel. Łeb taki jakiś bardzo okrągły, no ziemniak albo seler jakiś. No to dla odmiany irokez. Kasia grzeje maszynkę i jedzie z koksem, po chwili irokez gotowy. Kasia a mnie na zero, no nie, nocoty. No dobra to boczki na zero i zobaczymy. Trzęsącymi się rękoma obleciałem Kasię, ale jak to kobitki, maseczka, farba, odżywki. Ale jakoś wszystko ogarnęliśmy, tylko kartofla muszę opalić bo jakiś taki blady, taki pastewny jakiś.

Przyszedł czas na obiadokolację. Kasia jeszcze pracuje, więc nie będę jej odrywał, żeby przygotowała szaszłyki. Wczoraj jak pojechałem sam na zakupy, nabyłem obiecująco wyglądającą białą kiełbasę. No to ją zgrillujemy na szybko. Rozpaliłem sprzęt, węgiel już bucha żarem, czas wrzucać kiełbasę. Otwieram i trochę nabieram wątpliwości, ale wygląda spoko, pachnie tylko jakoś tak dziwnie, nie kiełbasą, a bardzie pasztetową. Ale nie śmierdzi jest świeża. Ponacinana wpada na ruszt. Ale nic z niej nie cieknie, żaden tłuszczyk, pęka jak nasza najtańsza kiełbasa marketowa, dziwnie to wygląda. Kasia leci z talerzykami wyciągam to coś. Kroje w środku jakoś dziwnie to wygląda, jakieś mięsko niby. Kasia kroi, patrzy na to co ma na widelcu, Irek to jakieś przemielone uszy albo jeszcze coś innego. Ja próbuje przeżuć to co mam w ustach ale ciężko idzie, Kasi uwaga spowodowała, że to co miałem w paszczy urosło i jak najszybciej to wyplułem. Kurde co to jest, uszy, a może jakieś członki wołowe lub wieprzowe, Kasia już prawie wymiotuje. Ale jest opakowanie, translator obrazu, no coś tam przetłumaczył, ale nadal tłumaczenie nie zachęcało do konsumpcji, i niby biała kiełbasa wylądowała w koszu, dodam tylko, że ustrojstwo kosztowało 6 €.

Na szczęście w obwodzie w lodówce były piersi z kurczaka. Kasia na szybko je przyprawiła, bo Murphy już nam szykował na horyzoncie chmurę deszczową. Jednak zdążyliśmy ugrillować i zjeść kuraka, a Murphy jak zobaczył, że zdążyliśmy, to puścił chmurę bokiem i nas nie dosięgła.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.