W tym dniu nie mam co za bardzo opisywać, bo pół dnia to powrót do domu. Rano u Kasi siostry i szwagra zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. W Dominiczynie byliśmy po piętnastej. To chyba był ostatni tak gorący dzień w tym roku, bo na zewnątrz 30 stopni. Usiedliśmy w cieniu i rozpakowaliśmy tylko to co niezbędne. Bartek sobie poradził z gospodarstwem, a Teresa z Wiktorem przedłużyli pobyt jeszcze o dwa dni, więc poczęstowaliśmy ich obiecanymi serami owczymi, a do tego pomidorki od Leszka, nie byle jakie, bo rumuńskie i bułgarskie. Towarzystwo sobie siedziało, a mnie czekało podlewanie drzewek, bo nie padało już kilka dni.

Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
