Dzień 256 – W dolinie nieistniejących wsi

Gorąca i duszna noc, poranek taki sam. Dziś burze już nie ominą Bieszczadów. Prognozy przewidują je już po południu. Budzę Kasie ciut wcześniej, byśmy zdążyli zrealizować dzisiejszy plan. Jajecznica, kawa i jesteśmy gotowi do wyjazdu.

Dziś w planach mamy dolinę Wetliny od Kalnicy po Polanki. Chcemy odwiedzić trzy nieistniejące już wsie i Rezerwat Sine Wiry. Pierwszą wioską jest Jaworzec. Jeszcze w 1921 liczyła 78 domów i 501 mieszkańców, z czego 497 było wyznania greckokatolickiego, a 4 wyznania mojżeszowego. Do dziś zachował się żelazny krzyż na cokole z piaskowca ufundowany przez mieszkańców Jaworca dla upamiętnienia zniesienia pańszczyzny w 1848, który w 2014 został zrekonstruowany przez wolontariuszy ze Stowarzyszenia Rozwoju Wetliny i Okolic, przy współpracy ze Stowarzyszeniem Magurycz. Z drewnianej cerkwi p.w. św. Wielkiego Męczennika Dymitra z 1846, która przestała istnieć po 1947, pozostały jedynie pozostałości podmurówki i betonowe schody. Stowarzyszenia Rozwoju Wetliny i Okolic wytyczyło ścieżki do starych przydomowych piwnic, powstała również częściowe rekonstrukcja chaty bojkowskiej. Niedawno postawiono też krzyż i tablicę informacyjną w miejscu pochówku żołnierzy I Wojny światowej. Wieś przestała istnieć w czasie Akcji WIsła, kiedy to przymusowo wysiedlono ludność w latach 1945-1947.

Tak naprawdę od Jaworca zaczęła się moja przygoda z Bieszczadami. W 1978 roku wujek wypalał tu węgiel drzewny. Nie było wtedy retort, czyli stalowych piecy, były wielkie kopce z drewna obsypane ziemią nazywane lemierzami. Po przyjeździe z rodzicami w Bieszczady, to właśnie tu dotarliśmy w pierwszej kolejności.

Zaraz po wejściu na teren dawnej wsi napotkamy stary cmentarz ogrodzony drewnianym płotem. Zachowało się tu kilka nagrobków i współczesne krzyże. Nie zabawiliśmy tu długo, bo cmentarz opanowany był przez wściekłe mrówki, którym niedźwiedź rozgrzebał ogromne mrowisko. Nie można było nawet na chwilę przystanąć, bo już chodziły po nogach.

Dalej drogowskazy kierują nas do starej piwnicy. Trzeba trochę zboczyć z głównego traktu by do nie dojść. Ścieżka jest w miarę wydeptana i nie trudno w to miejsce trafić. Piwnica ma 3 m długości i wysokość 1,7m. W jej rogu znajdował się schowek, gdzie mieszkańcy bojkowskiej chaty przed wysiedleniem ukryli swoje cenne rzeczy. Został odkryty podczas badań archeologicznych.

Następna pamiątka po wsi to wspomniany krzyż pańszczyźniany a właściwie jego rekonstrukcja. Na cokole z piaskowca ufundowany przez mieszkańców Jaworca dla upamiętnienia zniesienia pańszczyzny w 1848 roku.

Idąc dalej tuż przy drodze można zobaczyć kolejną piwnicę, jest ogrodzona barierkami, bo latem w morzu bujnych traw można jej nie zauważyć i wylądować na jej dnie.

Chyża Wasyla, to częściowo zrekonstruowana chata bojkowska. Znajduje się poniżej Cerkwiska. Mieszkał tu drwal Wasyl z żoną Anną i córką Kaliną.

Do zobaczenia zostało nam już tylko miejsce po cerkwi i przycerkiewnym cmentarzu. Cerkiew parafialna pw. św. Wielkiego Męczennika Dymitra została wybudowana i konsekrowana w 1846 r. Była to drewniana dwudzielna świątynia, która swoim kształtem przypominała kościoły łacińskie. Cerkiew została zniszczona po 1947 r. Na cerkwisku do dzisiaj są widoczne pozostałości podmurówki, a także część muru oporowego oraz cmentarnego.

Spacer po Jaworcu dobiegł końca. Teraz jedziemy na teren dawnej wioski Łuch. Wieś leżała na lewym brzegu rzeki Wetliny, poniżej i naprzeciwko Jaworca. W 1921 roku liczyła 32 domy i 175 mieszkańców w tym 170 wyznania greckokatolickiego, 5 wyznania mojżeszowego. Podobnie jak Jaworcu i tu ludność po II Wojnie Światowej została wysiedlona w ramach Akcji Wisła. W miejscu tutejszej drewnianej cerkwi pw. św. Mikołaja Cudotwórcy z 1864 została podmurówka i ruiny kamiennej mensy ołtarzowej. Na przycerkiewnym cmentarzu zachował się uszkodzony przez szkodniki dębowy krzyż, ustawiony w 1938 r. z okazji 950-lecia Chrztu Rusi. 

Jedziemy dalej, jeszcze na terenie dawnej wioski mijamy kapliczkę Świętego Mikołaja Cudotwórcy, patrona tutejszej cerkwi.

Kolejna kapliczka znajduje się już na terenach dawnej wsi Zawój. Poświęcona jest Archaniołowi Michałowi, patronowi cerkwi w Zawoju.

W centrum wsi Zawój stoi dziś murowana wiata turystyczna z miejscem na ognisko. Zawój lokowany był na prawie wołoskim w dobrach Balów z Hoczwi. Podczas najazdu szwedzkiego prawie całkowicie zniszczona wieś, w której ocalał 1 dom, odradzała się bardzo długo. W 1943 wieś liczyła 284 mieszkańców. Po 1945 na skutek wysiedleń Zawój stał się wsią wymarłą. Przy wiacie mieliśmy ochotę zakończyć dzień i zostać tu na noc. Ale alerty ostrzegały i zapowiadały dosyć intensywne burze, a miejsce dosyć eksponowane, nie fajne na burzową aurę.

Z pod wiaty idziemy na cerkwisko w Zawoju. Trochę podejścia, znowu ślady niedźwiedzia i docieramy na miejsce po cerkwi i dawnym cmentarzu. Filialną cerkiew pw. św. Michała Archanioła, należącą do parafii w Jaworcu zbudowano w 1860 roku. Została spalona przez LWP w 1947 roku. Do dziś zachował się niewielki cmentarz z kilkoma nagrobkami oraz lipa o obwodzie 6 m.

Na deser został nam już tylko Rezerwat Sine Wiry, gdzie Wetlina przedziera się przez wąskie zakole tworząc w swojego rodzaju kanion. Prowadzi tu ścieżka spacerowa, która zatacza pętelkę. Możemy tu obserwować bogate zbiorowiska leśne i przełom Wetliny.

Kawałek dalej znajduje się miejsce, które kiedyś nosiło miano Szmaragdowego Jeziorka. Faktycznie istniało tu dosyć duże jezioro, kiedy to w 1980 roku osunęło się zbocze Połomy tarasując rzekę Wetlinę. Miałem wtedy jako 8 latek okazję to zobaczyć. Z czasem rzeka wypłukała sobie lepsze ujście i z roku na rok jeziorko zanikło. Dziś w miejscu gdzie było osuwisko, można podziwiać dosyć efektowne kaskady.

Jeszcze tylko uzupełnienie wody w źródełku i dojeżdżamy do asfaltu w Polanakach. Dodam jeszcze na koniec, że trasa którą przejechaliśmy nie jest dostępna dla ruchu samochodowego. My mieliśmy pozwolenie LP. Miejsca, które pokazaliśmy najlepiej odwiedzić rowerem, gdyż odległości są spore, co nie znaczy, że nie da się ich przejść pieszo.

Na nocleg wybraliśmy sprawdzoną wiatę w Jabłonkach. Będzie tu bezpiecznie w razie załamania pogody, choć jak do tej pory, wszystkie granatowe chmury nas mijały. Mieliśmy już odgrzewać wczorajszy obiad, ale wpadłem na pomysł, by wykorzystać blachę wiatowej kuchni na pieczenie talarków ziemniaków. Wyszorowaliśmy blachę, natłuściliśmy olejem i wyszła całkiem fajna wyżerka.

Potem już prognozy się sprawdziły i nadeszła burza. Nie była ostra, ale opad był bardzo duży, na szczęście bez gradu.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.