Dzień 516 – Monemwasia

Pogoda dziś żyletka, w sam raz na wycieczkę na szczyt Monemwasia. Śniadanie, kawa i przestawiamy się bliżej grobli, która łączy wyspę ze stałym lądem.

Idziemy groblą na wyspę, poniedziałek, liczyliśmy na pustki, a tu całkiem sporo ludzi.


Dochodzimy do głównej bramy miasta. Centralna brama w zachodnim odcinku murów obronnych Monemwasii stanowiła główne wejście do dolnego miasta (Kato Poli), położonego u stóp monumentalnej skały wyrastającej z Morza Egejskiego. Był to kluczowy element systemu fortyfikacji, kontrolujący dostęp od strony jedynego lądowego połączenia z Peloponezem. Monemwasia, której nazwa pochodzi od greckiego „moni emvasia” („jedno wejście”), była twierdzą niemal niedostępną. Ze względu na położenie miasta na skalistej wyspie połączonej z lądem wąską groblą, atak mógł nadejść praktycznie tylko od zachodu, stąd wyjątkowe znaczenie tej bramy.


Zwiedzanie wyspy zaczynamy od najgorszego, czyli wspinaczki na jej szczyt. Tuż za bramą zachodnią odbijamy w górę, bo ścieżka trochę tu trawersuje wzgórze i podejście jest trochę łagodniejsze niż z centralnej części miasta.


Przed nami już tylko schody do głównej bramy górnego miasta. Brama Ano Poli stanowiła kluczowy element systemu obronnego tej bizantyńsko-weneckiej twierdzy. Brama prowadziła do najwyżej położonej, najbardziej niedostępnej części miasta — cytadeli, gdzie mieściły się budynki administracyjne, magazyny oraz najważniejsze świątynie. Usytuowano ją w miejscu naturalnie chronionym przez strome, niemal pionowe zbocza skały, co maksymalnie utrudniało bezpośredni szturm.

Twierdza Monemwasia była pod panowaniem Bizancjum, następnie Wenecjan i Osmanów. Każda z tych potęg modernizowała fortyfikacje, dostosowując bramę do zmieniających się technik wojennych — zwłaszcza do rozwoju artylerii w okresie weneckim. Górne Miasto było ostatnim punktem oporu w przypadku zdobycia dolnej części osady. Główna brama pełniła więc rolę ostatniej linii obrony.


Za bramą jednak nie jest lekko, okazuje się, że do samej cytadeli, jest jeszcze kawał drogi pod górę. Większość turystów idzie tylko do cerkwi i wraca. My twardo idziemy na najwyżej położony punkt wyspy.


Ścieżka nie jest chyba zbyt uczęszczana, bo zarośnięta jest strasznie. Miejscami trzeba iść po pasa w pokrzywach, ostach i innych chebedziach. Oj dobrze, że nie wybraliśmy się w krótkich spodenkach.

Cytadela to najbardziej imponująca i najstarsza część tej ufortyfikowanej osady. Znajduje się na szczycie masywnej, wapiennej skały wznoszącej się około 300 metrów nad poziomem morza. Jej lokalizacja była kluczowa strategicznie. Naturalne, niemal pionowe klify stanowiły główną linię obrony, uzupełnioną przez mury, bastiony i wąskie, łatwe do kontrolowania wejścia. Zapewniała kontrolę nad szlakami morskimi południowo-wschodniego Peloponezu, umożliwiała wczesne wykrywanie zagrożeń i czyniła twierdzę praktycznie nie do zdobycia od strony morza.


Teraz już lekko w dół kierujemy się do cerkwi Agia Sofia. To jedna z najcenniejszych świątyń bizantyjskich w południowej Grecji. Znajduje się w górnej części skalnego miasta Monemwasia, na stromym klifie górującym nad Morzem Egejskim. Jej położenie zapewnia spektakularny widok na wybrzeże Lakonii.

Świątynia została wzniesiona w XII wieku, w okresie panowania dynastii Komnenów w Cesarstwie Bizantyjskim. Według części badaczy mogła powstać za panowania cesarza Andronikos II Palaiologos (choć datowanie bywa przedmiotem dyskusji i wskazuje raczej na wcześniejszy okres). W czasach panowania weneckiego i osmańskiego była przekształcana – m.in. funkcjonowała jako meczet.

Kościół reprezentuje typ krzyżowo-kopułowy (cross-in-square), charakterystyczny dla architektury średniobizantyjskiej. Wewnątrz zachowały się fragmenty fresków z XII–XIII wieku, choć znaczna część dekoracji uległa zniszczeniu. Oryginalny program ikonograficzny podporządkowany był teologii bizantyjskiej – kopułę tradycyjnie zdobił wizerunek Chrystusa Pantokratora.


Dochodzimy z powrotem do głównej bramy górnego miasta. Zapobiegawczo na wycieczkę zabraliśmy dwa małe piwa, bo na górze nie ma żadnych barów. Pierwsze wypiliśmy przy cytadeli, teraz przyszła por a na drugie. Chwila odpoczynku i podziwiamy miasto z góry.

Czas zejść teraz do miasta i zagubić się w jego wąskich uliczkach. Do pokonania jeszcze sporo schodów, które są pochyłe, a kamienie tak wyślizgane, że trzeba uważać, żeby nie wywinąć orła.

Dochodzimy do bramy wschodnie i przez nią wychodzimy poza mury miasta. Teraz wycieczka do latarni morskiej. Latarnia morska w Monemwasii znajduje się na południowo-wschodnim krańcu monumentalnej skały. Obiekt został zbudowany pod koniec XIX wieku, w okresie modernizacji greckiej infrastruktury morskiej. W czasie II wojny światowej latarnia uległa zniszczeniu, a następnie została odbudowana i ponownie uruchomiona w drugiej połowie XX wieku. Od tamtej pory pełni nieprzerwanie funkcję nawigacyjną.

Wracamy do miasta i spacerujemy jeszcze chwilę po wąskich uliczkach wypełnionych turystami, barami i sklepikami z pamiątkami. To już bardzo komercyjne miejsce, co ma odzwierciedlenie w cenach. Dolne miasto już tak nie fascynuje, bo byliśmy tu osiem lat temu, tyle że w lipcu. Upał był taki, że zwiedzanie ograniczyliśmy tylko do dolnego miasta. Nikt wtedy nawet nie chciał zaproponować wycieczki na górę 😉 Teraz odrobiliśmy zaległości i Monemwasia zostaje zdobyta całkowicie.

Miejsce na biwak mamy już upatrzone 14 kilometrów za miastem. Jesteśmy tam umówieni z Gabi i Darkiem. Miejsce na tyle dzikie, że będzie można pobiesiadować na zewnątrz i wrzucić coś na grilla. No dobra, ale trzeba zrobić jakieś zakupy na tego grilla. Jedziemy do jedynego większego marketu, ale jest zamkniety, co jest? Jakieś święto mają? Sprawdzamy w internecie, no tak Grecy dziś obchodzą „Czysty Poniedziałek”. To ważne święto w Grecji, które rozpoczyna okres Wielkiego Postu w Kościele prawosławnym. Przypada 48 dni przed prawosławną Wielkanocą i jest dniem wolnym od pracy. Wierni uczestniczą w nabożeństwach i rozpoczynają okres postu, który wiąże się z rezygnacją z mięsa, nabiału i często także ryb. Tego dnia spożywa się wyłącznie potrawy postne i charakterystyczny chleb Lagana – specjalny, płaski chleb wypiekany tylko na ten dzień.

No to żeśmy się załatwili. Szukamy jakiegoś otwartego sklepu na nogach, bo zaparkowanie kampera w wąskich uliczkach jest niewykonalne. Jest jakiś otwarty, ale w środku puste półki, wygląda jak nasze sklepy w Stanie Wojennym. W końcu udaje nam się znaleźć jakiś mały sklep, ale ceny z kosmosu, masło po 6€. Na szczęście mamy jakiś zapas w zamrażarce, wiec kupujemy tylko chleb Lagana, bo innego nie ma. Paprykę do szaszłyków i piwo.

Wbijamy na miejscówkę, a chwilę po nas dojeżdżają nasi znajomi, którzy byli w Geoparku Świętego Nikolaosa. Miejsce jest super, na cyplu z małym cmentarzykiem i kaplicą i z widokiem na Monemwasia.

Dziś mała posiadówka z grillem. Szaszłyki, postny chlebek, miejscowe wino i tsipouro. Po zachodzie słońca zaczęło trochę wiać, więc imprezę zakończyliśmy w kamperze.


No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.