Dzień 525 – Na końcu Europy i Grecji

O wschodzie słońca znowu na około zaczęły wyć szakale. Fajne uczucie, aż ciary przechodzą 😉

Dzisiaj idziemy na koniec Grecji, czyli do latarni morskiej na Przylądku Tajnaron, ale po drodze jeszcze jedna atrakcja przylądka – Archaeological Area Tainaro. W starożytności Tainaro było ważnym sanktuarium Posejdona. Znajdowała się tu świątynia poświęcona temu bogu morza, czczonemu szczególnie przez żeglarzy przemierzających niebezpieczne wody wokół przylądka. Choć większość konstrukcji zachowała się tylko w formie fundamentów, miejsce ma dużą wartość historyczną i symboliczno-religijną.

W starożytności przylądek Tainaro był uważany za jeden z najbardziej niebezpiecznych punktów żeglugi na Morzu Śródziemnym, dlatego kult Posejdona miał tu szczególne znaczenie.

Idziemy dalej na koniec przylądka, pojawiają się znowu na niebie samoloty bojowe. Suną nisko nad powierzchnią morza i kierują się w stronę Krety.

Do latarni morskiej mamy dwa kilometry, ale piękny krajobraz urozmaica wędrówkę. Jest jeszcze dosyć wcześniej, więc nie jest za gorąco, wiec fajnie się idzie.

latarnia morska na Przylądku Tajnaron znajduje się na samym południowym krańcu półwyspu Mani. Przylądek Tajnaron jest jednym z najbardziej wysuniętych na południe punktów stałego lądu w Europie kontynentalnej i od starożytności był ważnym miejscem dla żeglarzy oraz podróżników.

Latarnia została zbudowana w 1882 roku, aby poprawić bezpieczeństwo żeglugi na Morzu Śródziemnym w miejscu, gdzie spotykają się wody Morza Jońskiego i Egejskiego. Jej kamienna wieża ma około 16 metrów wysokości i stoi na skalistym, wietrznym terenie, który często nawiedzają silne wiatry i wysokie fale.

Budynek latarni jest prosty i surowy, wykonany z miejscowego kamienia, co dobrze wpisuje się w surowy krajobraz półwyspu Mani. Przez wiele lat była obsługiwana przez latarników mieszkających w przyległym budynku. Dziś latarnia działa automatycznie i nie jest stale zamieszkana.

Naszym dzisiejszym celem miała być kamienna wioska Vathia. Wczoraj okazało się, że droga do niej jest zamknięta do 11 marca, spróbujemy więc od północy. Tu okazuje się, że też nici z tego, droga też zamknięta. Nie chcemy ryzykować i jechać kamperem, bo drogi na Mani potrafią wyzwolić trochę adrenaliny, a te na końcu półwyspu są wąskie i strome, a przez wioski się przeciska, nie przejeżdża. Vathie oglądaliśmy więc tylko z oddali.

Całkiem ładnie prezentuje się też wioska Tsikalia. Tsikalia znajduje się w surowym, górzystym krajobrazie Mani, około 300 m n.p.m. Tsikalia składa się z dwóch części – Kato Chora (dolna część) i Pano Chora (górna część wioski). Jak większość wiosek na Mani, tak i tak ma kamienną zabudowę i wysokie wieże mieszkalne.

Zatrzymujemy się za Kiparissos, to tutaj mamy zagrodzoną drogę z informacją, że droga do Vathia jest zamknięta. Kasia robi kawę i zastanawiamy się co robimy dalej.

Jedziemy dalej na północ i zobaczymy. Dojeżdżamy do wioski Gerolimenas, jest malutka, ale wygląda interesująco. Jest nawet sklep, bankomat i kilka ładnie położonych tawern. Do tego wygodny parking przy plaży, zostajemy.

To ruszamy na spacerek. Gerolimenas to niewielka, malownicza kamienna wioska rybacka położona na południowym krańcu półwyspu Mani. Leży nad spokojną zatoką Morza Śródziemnego, otoczona surowymi, skalistymi wzgórzami charakterystycznymi dla Mani.

Wioska znana jest z tradycyjnej kamiennej architektury. Domy, pensjonaty i tawerny zbudowane są z jasnoszarego kamienia, z małymi balkonami i tarasami wychodzącymi na morze. W przeszłości wiele budynków pełniło funkcję magazynów lub domów kupieckich – Gerolimenas był bowiem ważnym portem handlowym i miejscem postoju statków.

Dziś wioska ma spokojny, niemal senny charakter. Wąska nadmorska droga biegnie wzdłuż niewielkiego portu, przy którym cumują łodzie rybackie i jachty. Wieczorami życie skupia się w kilku nadmorskich tawernach serwujących świeże ryby i owoce morza. Brak dużych hoteli i masowej turystyki sprawia, że miejsce zachowało autentyczny klimat południowego Mani.

Pora na obiad, możemy zaszaleć, bo ostatnio byliśmy głównie na jakiś odludnych zadupiach, a tutejsze tawerny kuszą. Zachodzimy więc na obiad, dobre piwko i wino. Po chwili jesteśmy osaczeni przez koty, które są nieźle wytresowane w żebraniu. Coś tam im skapnęło z naszego obiadu 😉 Kasia nawet oddała głowę ze swojej ryby, a później wyczytała, że właśnie głowa tej ryby jest uznawana za największy przysmak 😉


Znowu szaleją samoloty, chyba nie są tu widokiem codziennym, bo nawet miejscowi sie nimi zainteresowali.

Teraz trzeba wrócić do kampera, trochę poleżeć po obiedzie 😉

Wieczorem jeszcze mały spacerek, bo wioska jest nawet ładnie oświetlona.

No votes yet.
Please wait...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Odkryj więcej z Czas na Life

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.