Parchatka nadal nie wróciła. Już powoli dociera do nas, że ją straciliśmy. Przy śniadaniu podejmujemy trudną decyzję, że kończymy poszukiwania i dłużej nie czekamy. Jedziemy do Polańczyka pouzgadniać czerwcowy zlot Grupy Biwakowej i ruszamy do Rumunii.

Na miejscu biwakowym zostaje Małgosia z Jackiem, zapewniają nas, że zostają do niedzieli i gdyby Parchatka się pojawiła, od razu będą dzwonić. W Polańczyku robimy obchód miejsca zlotowego, uzgadniamy ceny i inne koszty, rozmawiamy z Policją, WOPRem i innymi instytucjami i partnerami. Z Jackiem, który będzie nas gościł na Przystani Caryńska mamy prawie wszystko dopięte, więc lada dzień będziemy mogli ogłosić szczegóły zlotu.




Ustalenia kończymy około 17-stej i według planu mieliśmy ruszać w kierunku granicy słowackiej. Jednak jakoś nie możemy, cały czas z tyłu głowy mamy, że może jednak Parchatka jakimś cudem wróci. Wiemy, że po tylu dniach to raczej nierealne, ale mimo to wracamy do Jabłonek. Zostaniemy tu jeszcze do poniedziałku. Po drodze ulewa i burza, ale na miejscu pod wiatą czeka na nas ognisko. Jacek z Małgosią opowiadają, że nawet chodzili i szukali Parchatki, ale bez skutku. Pod wiatę zajeżdża na chwilkę jakiś gość, co często tu bywa i opowiada, że widuje tu za każdym razem lisa, co mnie utwierdza w przekonaniu, że to sprawka rudzielca. Trudno się z tym pogodzić, ale nadzieja powoli umiera.
Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
