Tak wiem, znowu wschód słońca 😉 Ale to już ostatni na półwyspie Półwyspie Malea. Półwysep Malea stanowi południowo-wschodnie „ramię” Peloponezu i jest znany z przylądka Przylądek Malea, który w starożytności był ważnym, ale trudnym nawigacyjnie punktem na szlakach morskich Morza Egejskiego.



Dziś otworzą nam jaskinię, a przynajmniej powinni. W sezonie zimowym o 10:00 powinna zostać otwarta, a pierwsze wejście jest o 10:30. Wczoraj wieczorem dojechały jeszcze dwa kampery, więc idziemy grupą 6 osobową pod bramę. Po pół godzinie zaczynamy mieć wątpliwości, powinniśmy już wchodzić do jaskini, a tu nawet nikt nie przyjechał, pozamykane wszystko na amen. Po 45 minutach spóźnienia zjawiają się panie i z uśmiechem na ustach otwierają bramę, zapraszają na kawę do bufetu, bo przewodnik spóźni się pół godzinki. Przewodnik zjawia się jednak dopiero po 45 minutach i z uśmiecham na ustach pyta się skąd jesteśmy, proponuje kawę, bo zwiedzanie zacznie się za pół godzinki. Im dłużej tu jesteśmy, to tym bardziej utwierdzamy się, że ten kraj działa na trytytkach, jakoś się trzyma kupy, tylko czasami jakaś pęknie, trzyma druga, więc nie ma sensu naprawiać, niech wisi sobie 😉

Jak by tego było mało, w jaskini jest całkowity zakaz fotografowania i filmowania. Pokazujemy nasze legitymacje prasowe, mówimy, że chcemy zrobić materiał o jaskini, ale bez zdjęć to tak jakoś słabo. Przewodnik po namyśle stwierdza, że jest nas tylko 6 osób, więc wszystkim pozwala robić zdjęcia ale bez flesza. Humor nam się trochę poprawił, bo nie dosyć, że czekaliśmy dwie godziny, to jeszcze zakaz robienia zdjęć. Całkiem nam się poprawia, gdy wchodzimy do wnętrza. Koparki opadają, takiej szaty naciekowej już dawno nie widzieliśmy, a jaskiń w Europie mamy na koncie bardzo dużo. Naprawdę robi to wrażenie i warto się tu przeprawić przez góry, by to zobaczyć.
Kastania Cave (gr. Spilaio Kastanias) to jedna z najbardziej imponujących jaskiń krasowych w Grecji. Jaskinia powstała w wyniku procesów krasowych zachodzących w wapieniach przez miliony lat. Charakteryzuje się wyjątkowo bogatą i zróżnicowaną szatą naciekową – uznawaną za jedną z najbardziej spektakularnych w Europie.
Choć lokalna ludność znała wejście do jaskini od dawna, jej systematyczne badania rozpoczęto w XX wieku. Dla ruchu turystycznego została udostępniona w 2009 roku po odpowiednim zabezpieczeniu i instalacji oświetlenia. Trasa jest dobrze przygotowana – wyposażona w schody, pomosty i oświetlenie podkreślające walory nacieków.










































To teraz trzeba się stąd wydostać i znowu mozolny przejazd serpentynami przez potężne góry Peloponezu, w sumie 528 metrów przewyższenia. Po drodze zatrzymujemy się przy jakieś bezimiennej kaplicy, która nawet nie widnieje na mapie, więc trudno ją opisać.






Zachodnie wybrzeże półwyspu Malea nie jest zbyt ciekawe i przejeżdżamy je dosyć szybko. Udaje nam się zatankować kampera po 1,4€ za litr, jutro może być już drogo, przez atak na Iran. Mijamy fajne góry, które nazwaliśmy Stołowe, tak jak u nas w Sudetach. Docieramy do miasta Skala, gdzie mamy Lidla i robimy większe zakupy. Sklepy na „paluchach” Peloponezu są małe, słabo zaopatrzone i drogie. Zamrażarka pełna możemy jechać dalej. Człowiek na takim wyjeździe jest tak wyluzowany, że gdyby nie praca i terminy, to by nie wiedział jaki jest dzień. Dlatego do koszyka włożyłem kwiaty, bo jutro Dzień Kobiet. Kasia patrzy na zawartość koszyka i pyta co to? No dla Ciebie na jutro. A co jest jutro? Dzień Kobiet. Nie jutro a za osiem dni, odnieś te kwiaty. Dostałem zjebkę, a chciałem tak dobrze 😉 Za osiem dni będą z łąki, bo będziemy gdzieś na zadupiach Półwyspu Mani 😉 Dobrze, że tu już wybucha wiosna i wszystko zaczyna kwitnąć, więc nie będzie problemu z kwiaciarnią 😉



Na biwak jedziemy na plażę Valtaki, słynącą z wraku statku Dimitrios. Historię wraku opiszę już jutro, jak zrobię więcej zdjęć, bo dziś tylko rzuciliśmy okiem na niego z daleka. Będąc w Grecji 8 lat temu, przejeżdżaliśmy tu obok i widzieliśmy wrak z góry. Widzieliśmy też stojące przy plazy campery i pamiętam jak sobie pomyślałem, że fajny był by tam biwak. Było jednak wtedy zbyt wcześniej, wyjazd krótki i plan napięty. Teraz ten pomysł mogliśmy zrealizować.
Dostępu do miejsca postojowego broni obecnie ogromna kałuża wielkości stawu. Jacyś Francuzi nie odważyli się przez nią przeprawić i zostawili kampera na drodze i poszli zobaczyć wrak. Widzę ślady, że coś tam wjeżdżało do tego „jeziora”, a raz się żyje, jedynka i do przodu. Udało się pokonać akwen i stoimy przy samej plaży, a raczej wydmie, bo miejsce to przypomina trochę wybrzeże Bałtyku, wydma i piaszczysta plaża.
Rozlewisko skutecznie odstraszało chętnych na biwak w tym miejscu. Dojeżdżali do wody, dumali, dumali i dumali i zawracali. Finalnie stoimy tu tylko w dwa kampery, jedna kobitka odważyła się jeszcze tu wjechać. Koty po dzisiejszej długiej jeździe aż rwały się do wyjścia, więc je puściliśmy pomimo kręcących się psów. Psy nie reagowały na nie, ale koty kilka razy zaliczyły drzewa 😉
Potem wideo spotkanie ze znajomymi, spóźniony obiad i dzień zleciał.





Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
