Nie, nie, nie nam. Zosi się skończyło, bo po południu musiała opuścić Portugalię i udać się do zimnej i deszczowej Warszawy. Dzień więc był praktycznie poświęcony odwózce Zosi na lotnisko w Lizbonie. Było sporo czasu, więc dziewczyny dzisiaj dłużej pospały. Kasia na śniadanie zrobiła mufinki z omni i po kawie ruszyliśmy w kierunku Lizbony. Po drodze zrobiliśmy jeszcze serwis kampera, bo przy trzech osobach toaleta dosyć szybko się zapełnia.

W Lizbonie mamy już upatrzony bezpłatny parking blisko lotniska. Stajemy tam, żeby poczekać bliżej odlotu, bo przyjechaliśmy z zapasem na nieprzewidziane komplikacje. Pijemy kawkę, potem małą przekąską, żeby Zosia nie była głodna w samolocie.


W końcu podwozimy Zosię pod terminal i uciekamy z Lizbony. Musimy się teraz cofnąć trochę na północ, bo opuściliśmy kilka ciekawych miejsc, jadąc tydzień temu po młodą. Dziś tylko tak naprawdę był dojazd na biwak, bo dzień nam się kończył. Pojechaliśmy w dokładnie to samo miejsce, w którym byliśmy na pierwszym biwaku z Zosią.

Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
