Dziś nie pokażemy wam nic ciekawego, oprócz naszego życia na wygnaniu 😉
Czego nam tu brakuje? Ogórków kiszonych (choć zabraliśmy spory zapas), dobrego piwa i oczywiście kaszanki. Od jakiegoś czasu obserwowaliśmy coś co wygląda jak nasza kaszanka, ale kosztuje więcej niż szynka. Kilka dni temu stwierdziliśmy, że trzeba zaryzykować i kupić, Rano byliśmy na stellplatzu, dosyć pełnym i nie wypadało odpalać grilla, więc coś, co wyglądało jak kaszanka wylądowało w piekarniku. Po 20 min na tacce, oj w końcu kaszaneczka, myślę sobie. Kroje to coś i już wygląda nieciekawie, choć przypomina polską bułczankę. Zaczynamy jeść, Kasia odpada, nie chce tego jeść, ja próbuję odnaleźć w tym jakiś smak, ale odpadam po pierwszym serdelku, reszta ląduje w koszu.




Przed nami kolejne piękne miasto, ale też cała wielka skrzynia prania. Pasowało by zrobić pranie. Patrzymy na prognozy i dziś wypada w miarę stabilny dzień na suszenie. Kolejne choć w miarę pogodne dni są zmasakrowane burzami. Jedziemy pod market w którym wczoraj robiliśmy zakupy i widzieliśmy, że są pralki. Kasia sortuje kolory, ja ładuje je do bębnów. Podczas tej wyprawy stwierdziliśmy, że jak chcemy tak żyć, trzeba się ograniczyć do jednego koloru ciuchów. Różne kolory komplikują logistykę. W końcu załadowane bębny, w jednym białe w drugim czarne i szare, przydał by się trzeci na kolorowe 😉 Podchodzimy do płatności, a tu dupa, wyświetlacz dotykowy uszkodzony i nie działa. Pakujemy wszystko z powrotem w wory, na szczęście pod kolejnym marketem jest następny automat pralniczy, gdzie udaję nam się ogarnąć pranie. No teraz jeszcze trzeba poszukać w miarę dzikie miejsce, gdzie nasze suszenie nie będzie obciachowo wyglądało. Pierwsze, jakiś festyn wiejski nad jeziorkiem, drugie opanowane przez cyganów, ci to mają rozmach, mają swoje pralki. ( co ciekawe przyjechali cyganie, to miasto od razu podstawiło im kontener na śmieci i chyba dali im prąd, bo domowe pralki automatyczne raczej z akumulatorów nie pójdą i muszą mieś wodę pod ciśnieniem, wyglądało to tak, że im to wszystko udostępnili, w Polsce by ich pogonili na 4 wiatry). Trzecie piękne magiczne, nad jeziorkiem, tylko deficyt drzew, ale udaje się jako tako rozwiesić pranie.










I tak w sumie minął nam dzień na patrzeniu jak się suszy i na radar pogodowy, bo Murphy czuwał i co jakiś czas z prawie bezchmurnego nieba coś pokropiło. Oczywiście tak się wpatrywaliśmy w to pranie sącząc piwko i winko. Plany były dużo szersze, jakieś większe sprzątanie kampera itp., ale jakoś nie wyszło, były kąpiele drzemki i dzień zleciał. A tu jeszcze trochę pracy zdalnej zostało, którą trzeba było przenieść do kampera, bo w końcu pojawiły się długo wyczekiwane komary.


Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
