Śniadanie jeszcze w Bieszczadach, a kolacja już w Rumunii. W Polsce poranek fajny, pochmurny bez słońca, ale ciepły. Szybciutko ogarnęliśmy śniadanie na zewnątrz i obraliśmy kierunek na granicę ze Słowacją.

Na granicy SK/PL nie ma już kontroli fitosanitarnej, posterunek został już zlikwidowany. Wjeżdżamy do Słowacji. Nadzieja na pochmurny dzień, by lepiej się jechało, prysła. W Słowacji już smaży słońce.

Malý Horeš to słowacki region Tokaju, słynący z dobrych win. Malohorešské pivnice były jednak zamknięte, więc tylko przystanek na kawę. Może i dobrze, bo jak by były otwarte, to nie wiadomo, czy byśmy dalej pojechali 😉





Przed granicą z Węgrami spotykamy Polaków z naklejką Grupy Biwakowej. Węgry witają nas też bez żadnej kontroli, czyli pryszczycy już nie ma. Z Polakami jedziemy prawie przez całe Węgry, ale przed granicą Rumuńską robimy przerwę, a oni jadą dalej.


W końcu Rumunia. Mamy nadzieję, że tym razem jakiś pies nie skróci nam wyjazdu 😉 Zawsze fajnie tu wracać, choć termometr na zewnątrz pokazuje piekarnik.


I faktycznie daje nieźle po garach. Zatrzymaliśmy na szybkie zakupy warzywne, to odczuliśmy to na własnej skórze.

Trzeba szukać miejsca z jakimś cieniem i w górach, to będzie trochę chłodniej. Kierujemy się więc na Baia Mare, by wbić w Góry Gutâi. Jest tu ładne Jezioro Firiza otoczone górami, tutaj zrobimy biwak. Jednak nie tylko my szukamy ochłody nad jeziorem, blisko wody wszystkie parkingi pozajmowane, ale miejsce piknikowe bez dostępu do wody wolne. No lepiej mieć cień i spokój, niż wodę i kupę ludzi.




Jeszcze tylko spacer nad Jezioro Firiza i możemy odpoczywać. Jezioro powstało w wyniku budowy zapory na rzece Firiza i pełni funkcję zarówno rekreacyjną, jak i użytkową – głównie jako rezerwuar wody pitnej dla pobliskich miejscowości.







Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
