Deszczowy poranek i taki miało być przez pół dnia. Kasia proponuje, to może posiedzimy na dupie. E, nie poszwędamy się trochę bez planu i spiny. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy wybrzeżem Bretanii. Pierwsza wioska za naszym biwakiem Cherrueix. Zatrzymaliśmy się na spacerek, zobaczyliśmy miejscowy kościół, poszliśmy na plażę, ale jak zwykle był odpływ.










Tuż za wioską jest zespół wiatraków, ale tylko jeden zachował dawną formę i jest udostępniony do zwiedzania.



Pstryknąłem kilka fot i wracam do kampera, przekręcam kluczyk, a tu głucha cisza. Ups, jakiś czas temu do Kasi mówiłem, że coś rozrusznik coraz słabiej kręci i nie wiem czy wytrzyma do Polski. Chyba moje obawy się spełniły :(. Jeszcze standardowe czynności, sprawdzanie klem, poziomu akumulatora, ale aku naładowany. No fajnie, żeby jeszcze w normalnym miejscu, a nie na poboczu drogi, zanim asistance coś przyśle… Ale pojawia się busik kamperowy i mijając nas pozdrawiają po polsku na Zdrrowije, bo prowadziła dziewczyna, a na fotelu pasażera gostek sączył piwo. Ale zobaczyli podniesioną maskę i się zatrzymali z pytaniem co się stało. Oczywiście byli to Francuzi i po polsku znali chyba tylko słowo na zdrowie. Nie wierzę, że to akumulator, ale dla pewności podłączamy kable rozruchowe nadal nic. Dziękujemy Francuzom, którzy idą zwiedzać wiatrak, a ja dzwonię do Grzesia, nadwornego mechanika wyprawy, szkoda że nie sponsora wyprawy ;p. Wykluczamy awarię akumulatora, bo 10 min wcześniej kręcił, wskaźnik pokazuje 12,5 volt, kable rozruchowe nic nie dały, więc chyba rozrusznik. Grzesiek proponuje, że kupi w Polsce i mi jakoś wyśle, no tak, ale nawet jak dziś kupi, to jutro w PL Boże Ciało, długi weekend, będziemy na niego czekać w…. Wracają Francuzi, pytamy się czy mają linkę holowniczą i czy by nas nie szarpnęli by odpalić, na szczęście mają i za chwilę autko odpalone. Bardzo miła i pomocna parka, więc się odwdzięczamy dobrym destylatem, dziewczyna protestuje, ale jej chyba chłopak, chętnie przygarnął butelczynę. No dobra teraz trzeba szukać mechaniora, Google u wszystkich pokazuje, że otwarte od 14, no tak sjesta, ale w trzecim warsztacie udaje się kogoś zastać i o dziwo chętnego do pomocy. Bierze VIN i sprawdza, najtaniej 300€ netto, do tego podatek i robocizna wyskakuje 500€. Kurde rozrusznik, to raptem 3 śruby mocujące i dwie z kablami, ale dostęp słaby, może bym jakoś sam ogarnął, ale jak nie rozrusznik, to zostanę z nim jak Himilsbach z angielskim. Umawiamy się na jutro na 10 rano na naprawę, pokazuję stellplatz na którym będziemy stali i gość ma przyjechać rano z holem gdyby rozrusznik nie zadziałał, bo cały czas myślałem, że może jakaś zawieszka i może za chwilę zakręci. Zaparkowaliśmy i test, niestety dupka zbitka. Już na spokojnie przeczyściłem klemy porządnie, podładowałem prostownikiem akumulator ale nic nie dało, czyli na 99% rozrusznik.
No nie będziemy siedzieć i płakać idziemy na spacer po wiosce, na którą los nas skazał. Kurde coś mamy pecha do odpływów, ale przynajmniej przestało padać.














Znowu deszcz więc wracamy do kampera, za chwilę słońce, więc niech i Parchatka trochę polata.


Na parking podjeżdża jakiś miejscowy, puka do kampera czy chcemy czereśnie. Okazuje się, że tylko 5€ za kilogram, w porównaniu do cen sklepowych, to połowę taniej. W takiej cenie można już jeść bez pestek 😉

Kolejny spacer, tym razem w drugą stronę wioski, a tu sklepiki z ostrygami i innymi świństwami, których ja nie jadam, ale Kasia owszem. Różne już jadła dziwnie wyglądające żyjątka morskie, ale ostryg prosto z muszli nie. Podziw i szacun, ja bym tego do gęby nie wziął.






Potem kolejny spacer na plażę.




Co masz? mięsko. A skąd? przypełzło 😉

Cóż za spotkanie, Prezydent tutaj? Tylko, gdzie samolot zaparkował?

We Francji też mają kaletki 😉

Odkryj więcej z Czas na Life
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
